Uroczystości 30. rocznicy wyborów czerwcowych w Fajsławicach

 

W tym roku gmina Fajsławice będzie współgospodarzem lubelskich obchodów 30. rocznicy wyborów czerwcowych – wydarzenia historycznego, które zapoczątkowało przemiany demokratyczne w naszej części Europy. Plan i charakter uroczystości mają podkreślać istotny udział niezależnego ruchu ludowego w tych przełomowych wydarzeniach.

30 lat temu – 4 czerwca 1989 roku, Polacy oddając swój głos w wyborach parlamentarnych zdecydowanie opowiedzieli się za zmianami proponowanymi przez Komitety Obywatelskie Solidarność. Nie były to w pełni demokratyczne wybory, ale siła poparcia kandydatów obozu wolnościowego była tak duża, że pchnęła nasz kraj w stronę przemian, których biegu nie dało się już zatrzymać. Zmiany nie były łatwe, ale z perspektywy czasu możemy już ocenić, że była to dobra droga.

Należy podkreślić, że przemiany demokratyczne w naszym kraju zapoczątkowały burzliwy okres przemian i wyzwolenia tej części świata spod wpływów Związku Radzieckiego. Warto wykorzystać tą rocznicę do przypomnienia całemu światu o naszym wkładzie w te epokowe wydarzenia.

Ważną i pozytywną kartę tej historii zapisała także gmina Fajsławice i działający na jej terenie niezależny ruch ludowy, mający swe korzenie w powstałej na jesieni, po porozumieniach czerwcowych w 1980 roku Solidarności Rolników Indywidualnych. Ruch ten działał u nas wyjątkowo prężnie. Swoją przynależność do Solidarności Rolników Indywidualnych deklarowało w 1981 r. 35% mieszkańców gminy. Na wszystkie otwarte spotkania przychodziły tłumy. Solidarność organizowała liczne akcje edukacyjno – oświatowe takie jak wszechnica związkowa, Uniwersytet Ludowy, seminaria, zebrania, szkolenia, akcje pomocy socjalnej, wyjazdy dzieci na wakacje i pośrednictwo w przekazywaniu pomocy charytatywnej dla strajkujących zakładów pracy.

To co działo się tutaj, odbijało się szerokim echem także poza granicami kraju. O Fajsławicach można było przeczytać w Washington Post i usłyszeć w radiu Wolna Europa. Do najsłynniejszych wydarzeń należały unieważnienie wyborów do Gminnej Rady Narodowej w 1984 r., po skardze Józefa Wrońskiego, protesty przeciwko nadmiernym obciążeniom rolników oraz zwycięstwo działaczy Solidarności w wyborach do Gminnej Rady Narodowej w 1988 roku. W drugiej połowie lat 80-tych Fajsławice uchodziły za nieformalny ośrodek rolniczej Solidarności na Lubelszczyźnie. W środowiskach inteligenckich i niepodległościowych Lublina zyskały przydomek „Wolnej Gminy Fajsławice”.

Docenieniem tej walki było wystawienie w wyborach do Senatu przez Komitety Obywatelskie Solidarność – Janusza Henryka Stępniaka, pierwszego przewodniczącego związku w Fajsławicach oraz inicjatora i uczestnika większości działań protestacyjnych na terenie Fajsławic. Swój głos 4 czerwca 1989 roku oddało na niego 293 321 osób czyli 73,92% głosujących.

Uroczystości w Fajsławicach rozpoczną się w niedzielę 2 czerwca 2019 r. o godzinie 11.30 mszą św. w kościele parafialnym w Fajsławicach. Po niej zostanie złożony wieniec na grobie senatora RP Janusza Henryka Stępniaka. O 13.00 w Urzędzie gminy w Fajsławicach rozpocznie się panel historyczny poświęcony wyborom czerwcowym, działalności Solidarności rolniczej oraz 35. rocznicy unieważnienia wyborów do Gminnej Rady Narodowej w Fajsławicach. Kolejne z planowanych uroczystości będą miały miejsce o godzinie 18.00 w Lublinie . Obchody rocznicowe zakończą się w dniu 11 czerwca.

Program uroczystości

11:30

Msza Święta w intencji członków i zmarłych działaczy NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych w Fajsławicach – kościół św. Jana Nepomucena w Fajsławicach.

Program uroczystości – 2 czerwca 2019r. Fajsławice

12:30

Złożenie wieńca na grobie Janusza Henryka Stępniaka – senatora RP oraz pierwszego Przewodniczącego Koła Gminnego NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych w Fajsławicach.
Sala Urzędu Gminy Fajsławice

13:00

Rozpoczęcie uroczystości, powitanie gości.

13:10

Montaż słowno-muzyczny w wykonaniu uczniów Szkoły Podstawowej im. Powstańców Styczniowych w Fajsławicach.

13:30

Wystąpienie Mariana Króla – Przewodniczącego Zarządu Regionu NSZZ „Solidarność”.

13:35

Wręczenie statuetek zasłużonym działaczom.

13:45

Wystąpienie Pani Poseł na Sejm RP Teresy Hałas i zaproszonych gości.

14:00

Referat – Działalność NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”na podstawie wspomnień Józefa Wójcika – Adam Polski Prezes Towarzystwa Przyjaciół Fajsławic.

14:20

Prezentacja multimedialna „Aresztować Janusza Henryka Stępniaka”– Michał i Maciej Stępniak

14:35

Powtórzone wybory w Boniewie w 1984– wspomnienie Józefa Wrońskiego i mec. Michała Plisieckiego – sędziego Sądu Najwyższego w Warszawie

14:50

Podsumowanie gry terenowej „Drogi do Wolności”.

15:00

Poczęstunek.
10
1

W Łopienniku wrze

 

 

Szanowny Panie Piotrze

,

Zachęcona tym, że Klub Zbieraczy Igieł Sosnowych lubi normalność i jest przekonany/często z czystą naiwnością dziecka/, że nasze gminy są własnością mieszkańców, postanowiłam zaproponować kolejny temat do dyskusji. Mianowicie wójt gminy Łopiennik ogłosił na 14 czerwca tego roku konkurs na dyrektora tamtejszej szkoły. Sprawa jest ciekawa, ponieważ wiele pisaliśmy na tych stronach o poprzednim dyrektorze, przedstawicielu układu „Szpak and company”który ponoć zgłosił się do konkursu/Rada Pedagogiczna karnie wytypowała na swoich przedstawicieli w konkursie ludzi zatrudnionych przez pana Sapkę/. Chce odwetu, rozprawienia się z niepokornymi wśród nauczycieli. Startuje też prawa ręka pana Sapki, jego gorliwa pomocnica, obecnie pełniąca funkcję dyrektora pani Janik.O ile pan Sapko nie ma pojęcia o oświacie, o tyle pani Janik, jako przedszkolanka ją zna, ale głownie na poziomie edukacji początkowej.Obecna pani dyrektor bardzo zasmakowała w rządzeniu i chociaż jest już w wieku emerytalnym a jej styl dyrektorowania coraz bardziej przypomina styl jej niedawnego pryncypała, nie ustępuje i podobno ma poparcie wójta. Są jeszcze dwie inne kandydatki. Niekonfliktowa i kompetentna nauczycielka j.polskiego oraz kandydatka z zewnątrz, pani, która dzielnie doprowadziła do unieważnienia ostatniego wyboru pana Sapki.Plotka głosi, że dwie ostatnie kandydatki nie mają szans, pewnie dlatego-jak to u nas, że są kompetentne i stosunkowo niezależne, więc mogą narobić kłopotu.Wszystko owiane jest tajemnicą, wójt nie spotkał się z nauczycielami, wrogość w gronie pedagogicznym narasta tak, że niedługo nie będzie już możliwa wspólna praca i to wszystko dzieje się w placówce mającej być „świątynią edukacji”. Wydaje mi się, że to nie jest tylko kolejna historyjka towarzysko-plotkarska, ale pokazuje wyraźnie, jak działa nasza społeczność, że ciągle rządzą ci sami ludzie, a młodsi, merytoryczni i spoza układu nie mają szans.Nadal wierzę, z tą naiwnością dziecka, w obśmiewane przez różnych cwaniaczków wartości takie jak uczciwość, rzetelna praca, bezinteresowność, troskę o dobro wspólne.I dlatego piszę do Pana.

Łączę wyrazy szacunku .ZUZA

 

34
10

Jak Franek Dolas z Czerepachem miny rozbrajali

Eeech, to nasze dobro narodowe – ten nasz Proskura. Chodzący dowód, że człowieka na starość nie zmienisz i jest taki etap w życiu, w którym człek jest już „niewyuczalny”. Prędzej kot zacznie szczekać lub maturę zrobi niż takiego oduczysz robienia po swojemu. Od 4 lat radny Korkosz „ten co to za młody”, wedle Waldka Nowosada, co jakiś czas zadaje to samo pytanie: kiedy wójt skończy z traktowaniem gminy, jak własnego folwarku?!

Na ostatniej sesji, nim eksdyrektor ZDP Banach, a w Siennicy jakiś cudem przewodniczący RG, ją oficjalnie otworzył miało miejsce pewne zdarzenie. Trwało może z 5 minut, a było clou metod Proskury oraz książkowym przykładem „Pana na folwarku”. Tuż przed sesją sekretarz Dariusz Turzyniecki wniósł uwagę, by w jej porządku umieścić dodatkowy punkt. Dotyczył on przesunięć w budżecie. Dziwna to praktyka, bo o ile przesunięcia nie są niczym nagannym, to zgłaszanie takiego wniosku przed rozpoczęciem sesji już jest. Zmiany w planie obrad wprowadza się po jej otwarciu, a te muszą być głosowane. Trudno uwierzyć w pomyłkę, bo Turzyniecki musi znać procedurę. W końcu ma prawie 30-letnie doświadczenie pracy w samorządzie. Być może celowo zapomniał? Oczywiście całego zajścia nie zarejestrowały kamery. Gdyby ktoś szukał potwierdzenia, znajdzie jedynie poszatkowaną relację. Wniosek ów przedstawił bardzo sprytnie, bo wynikało z niego, że celem głównym jest pozyskanie funduszy na zakup gruzu do remontu dróg polnych. Te, jak powszechnie wiadomo, są pięta achillesowa siennickiej władzy. A po tym, jak hucznie oddano do użytku prawie kilometrowy, pięknie utwardzony wygon na Siennicy Różanej – każde sołectwo chce mieć u siebie taką polną A4. Powoływanie się na nie to doskonała przykrywka, jak dawniej pokazywanie rzekomo głodnych dzieci przez żebrzących na ulicach Rumunów. Każdemu serce zmięknie, nikt oponował nie będzie.

Manewry z mamoną

Manewr by się może udał, gdyby nie interwencja radnej Alicji Pacyk, która poddała w wątpliwość sens całej operacji i pokazała jej drugie dno. Jej sprawne oko wyłowiło pewien absurd. Wszak Turzyniecki mówił tylko o pieniądzach na gruz, których z całej kwoty przesuniętych funduszy było zaledwie 36 tys. zł! I tu wyszło szydło z worka i skończył się dziadom odpust. Prawdopodobnie chodziło o sprytne przepchniecie funduszy z jednej inwestycji na drugą. Wójt inwestor wymyślił, że przesunie środki w wysokości 100 tys. zł. Ze świetlicy w Żdżannem zabierze 50 tys. i z Woli Siennickiej też tyle samo. Następnie tak pozyskane fundusze podzielił na nowo i przekazał 54 tys. na świetlicę w Dużej Siennicy, a na Stójło 10 tys. zł, zaś 36 tys. przeznaczył na zakup gruzu na remont dróg gminnych – tego gruzu, który miał być przykrywką dla całej operacji. Jak zwykle radnych stawia się przed faktem dokonanym, bo Proskura nie chce pojąć, że wedle prawa rządzi rada, albo widocznie na kursach instruktorów ZMW jeszcze o tym nie mówili. Nikt z radnych tak naprawdę nie wie o skali i zakresie remontu świetlic wiejskich. Jednym słowem w tej kwestii jest informacyjna „czarna dziura”. Oczywiście Alicja zwróciła i na to uwagę. Nawet Wiesława Popik, radna ze Żdzannego nie miała świadomosci, że jej umiłowany Wójt robi ją w konia! Takiego samego, jak te, które biegają po padoku przed plebanią w jej rodzinnej wiosce. Zapytana o to, co o tym sądzi, jakimś cudem i może nieświadomie stanęła okoniem Proskurze! Stwierdziła tonem proszalnym, że w sumie to trzeba by się przyjrzeć temu, co się w świetlicy dzieje. A oni, by takie same płytki chcieli, jak są w Boruniu, żeby jakiś standard jednak był.

Skubanie wiosek

Wszystko to dzięki przytomności Alicji, która zaapelowała, by cały ten „nowy podział” przedyskutować na komisjach. Popikowa Wiesia jest jedną z kilku ślepo oddanych radnych Wójtowi. Kazał Proskura list do Ziobry podpisać, Wiesia podpisała bez zastanowienia. A co tam przecie Leszkowi odmówić to grzech! A Leszek w rewanżu i w podzięce Żdżanne oskubał za plecami wiernej radnej . Tak nagradza najbardziej oddanych – robieniem w konia! Tu nawet Sęczkowski poparł Pacykowej i Popikowej wniosek i też stwierdził, że trzeba to jednak dać na komisje. Darek od jakiegoś czasu to się prawie mąż opatrznościowy zrobił. Kiedyś gardłował za Proskurą, że słuchać tego nie szło. Pytania zadawane przez Korkosza też mu bardzo przeszkadzały. Nawet podejrzewał, że te sam Kaczyński zadawać każe. A teraz taki zrównoważony polityk się zrobił. Widocznie coś do niego dotarło. Milczącą zgodę dała natomiast Marzena Dubaj, radna z Woli Siennickiej. Mimo że Proskura aż 50.000 zł zabrał z jej remizy! Ale Marzena przyzwyczaiła już wszystkich do tego, że Wola jest Dubajowa a słowo Proskury święte, choć może być najzwyklej w świecie bzdurne. Bardzo to niepokojące dla strażackiej braci, bo przecie remiza na Woli ma prawie taki sam status, jak bazylika katedralna, tylko tu kult jest świecki i bardzo paździerzowy.

Nie pierwsza to taka zagrywka miłościwie panującego. Z podwyżkami diet sołtysów też było podobnie i widać w tym było geniusz naszego światłego przywódcy. Nie cierpi Proskura przejrzystości i transparentności, oj nie cierpi. Katorgą są dla niego te wszystkie zmiany, które wprowadzono w ustawie samorządowej od tej kadencji. Trudniej mu się rządzi, a było tak beztrosko. Na szczęście zabezpieczył się przezornie i swego czasu Panią Krysię wyekspediował na emeryturę, a znad Wisły ściągnął Darka Turzynieckiego. Ten jest mu bezgranicznie oddany, niemal jak Lodzia Paciorek wójtowi Koziołowi z filmowych Wilkowyj. Dariusz bardzo szybko wszedł w buty Krysi. Tylko wyższe obcasy podkowami zastąpił i z zapałem robi wszystko, by pryncypał był kontent. Jeśli komuś wydawało się, że w jakiś sposób oświeci naszego hospodara i nada mu proobywatelski sznyt, srogo się zawiódł. Jest jeszcze gorzej i nici z westernizacji. W mieście miał Darek przydomek „mały rycerz”, lecz po siennickim epizodzie już zyskuje miano Czerepacha.

Czerepachowe sztuczki

Swe oddanie i przydatność, jak również podziwu godną adaptację pokazał nasz filigranowy sekretarz w czasie wyborów samorządowych. Jak wiadomo Porozumienie Ziemi Krasnostawskiej (PZK) walczyło głównie o mandaty do Rady Powiatu. Gminy ich zupełnie nie interesowały. Tylko w jednej zapałali chęcią marszu do władzy. Oczywiście była to Siennica Różana. Dlaczego i jaki mieli w tym interes? PZK jako takie interesu nie miało, bo to ugrupowani miejsko-powiatowe, ale Proskura już tak. Chodziło o rozbicie głosów i w efekcie utrącenie kandydatów przeciwnego obozu, w tym wypadku był to Komitet Andrzeja Korkosza. Stara to praktyka jak świat i zaliczana do kanonu świńskich sztuczek przedwyborczych. Do takiej zagrywki jest potrzebny jakiś usłużny komitet i najlepiej, żeby był lipny. W tym wypadku Darek był pod ręką. No jak można było z tego nie skorzystać? Toż Darek podlega służbowo Proskurze i jest sekretarzem w PZK i do tego blisko z Januszem Rzepką. Wystarczyło szepnąć słowo, a Nowosadzki nic nie musi wiedzieć. Reszty dopełniła Feliksa Głowacka, która organizowała całe przedsięwzięcie z ramienia wójta a oficjalnie PZK. W gminie takich przypadków były cztery. Na Siennicy Różanej, Woli Siennickiej, Siennicy Dużej i na Zagrodzie. W dwóch przypadkach byli to kandydaci startujący z komitetu PZK. Korzystano jeszcze z usłużności OPS Brodowskiego, tak gwoli ścisłości, by obraz był pełny.

Operacja prawie się udała – trzech kandydatów od Korkosza poległo, a jedynym, który przeszedł tę próbę ognia była Alicja Pacyk – doświadczona księgowa i kobitka o nieugiętym charakterze. Została rzec by można jedna, ale jaka?! W swoim okręgu miała Aldonę Rozwałko z PSL i Kędziorę z PZK. Alicja nigdy nie pasowała do koncepcji Proskury, więc wrzucenie Kędziory miało dopełnić dzieła jej zniszczenia. Okazało się jednak, że miała na tyle mocne poparcie, iż wygrała dość pewnie z Kędziorą, a Aldona zanotowała bardzo kiepski wynik, który oczywiście zawdzięcza samemu Proskurze, bo ten przekombinował. Nie pierwszy to przypadek, gdy Wójt oddanych sobie stronników traktuje instrumentalnie i przedmiotowo.

Metoda na Heroda

Wracając do wątku Alicji Pacyk to zródeł jej mocnej pozycji w Zagrodzie należy szukać w czasach gdy stanęła na czele komitetu który sprzeciwiał się budowie biogazowni… To wtedy wkroczyła na scenę.W 2014 roku w czasie wyborów samorządowych Pani Alicja doszła do wniosku, że skoro jest demokracja to przecież można wystartować w wyborach. Cel miała ambitny, bo chciała zawalczyć o fotel Wójta Siennicy Różanej. W końcu była świeżo po tym jak uratowała Zagrodę przed cuchnącą inwestycją w postaci wspomnianej już biogazowni. Poznała też arogancję i sobiepaństwo Proskury. Chyba to ostatecznie ją przekonało do takiej decyzji Nawet znalazł się komitet który przystał na jej propozycję, wszystko wydawało się proste i klarowne. Jednak w pewnym momencie komitet cofnął poparcie i wszystko legło w gruzach.Zrobiono to tak perfidnie by Alicja już nie miała czasu zarejestrować swojego komitetu i znaleźć kandydatów na radnych do obsadzenia wymaganych co najmniej 2/3 okręgów. 

Skąd mogła wiedzieć, że komitet Platformy Obywatelskiej, z którego miała startować to zwykła lipa, Strojek to zwykły figurant, a wszystko było zwykłą i perfidną zasadzką? Siennicka Platforma w tamtym czasie to zwykła iluzja, wydmuszka. Stworzona po to, by wypełnić przestrzeń publiczno-polityczną, udawać i mamić ludzi. Ktoś z zewnątrz popatrzy i powie, że w Siennicy jest demokracja, bo są dwa komitety. Tak naprawdę Strojek słucha we wszystkim Proskury. Swego czasu nieruchomości od Gminy dzierżawił i pierwsze skrzypce gra nad tutejszym zalewem, jeśli o gospodarkę rybacką idzie. Jak w takiej sytuacji można mówić o wiarygodności PO? W tych wyborach smutny Pan z Siennicy Dużej udzielał się w OPS Brodowskiego i też tak, by rozbijać głosy Korkoszowi. Alicja w takich okolicznościach polec musiała, ale co nie zabije, to wzmocni i po tym brudnym falstarcie w końcu doczekała się pełnokrwistego debiutu. Proskura zawsze się jej obawiał, a wręcz bał, bo jest bystrzejsza od niego i nie ma kompleksów. Zlała go przy biogazowni i jeszcze nieraz da mu łupnia. Tymczasem Leszek pisze list do ministra Ziobry i żali się na krytykę. Jak go nie krytykować za manipulacje za plecami radnych? Za rozbijanie głosów w kampanii? O tym nie znajdziemy ani słowa w bumadze do Ziobry. Kombinuje Lesio już niemal 30 lat, prawie jak Franek Dolas w „Jak rozpętałem II wojnę światową” Tylko że ten grany przez Mariana Kociniaka bawi do łez, a „ludowy Franek” przyprawia o ból głowy i konsternację.

46
56

Trąd u ołtarza

Na temat głośnego filmu „Nie mów nikomu” mamy w tak zwanej przestrzeni publicznej dwa przekazy, które usiłują się nawzajem zagłuszyć. Pierwszy przekaz to „Sekielscy ujawnili bezmiar ohydy i zepsucia w polskim Kościele, systemowe ukrywanie przestępców seksualnych i ogromną krzywdę wyrządzoną ofiarom”. Przekaz drugi natomiast to „Sekielski zrobił ten film na polityczne zamówienie, to grająca na emocjach propaganda wymierzona w Kościół, a poprzez niego w PiS, która ma wpłynąć na wynik wyborów i dać wygraną lewicy”.

Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu każdy, kto w wypełnianiu owej „przestrzeni publicznej” bierze udział, jest przez medialne żandarmerie sztorcowany, że musi się pod jednym z tych przekazów podpisać, a drugi potępić. Tymczasem wcale przecież nie są one sprzeczne – i moim zdaniem oba są prawdziwe. To, że jeśli nawet nie sami autorzy filmu (choć, przypominam, to przecież ten sam Sekielski, który przed laty ukrytą kamerą „wkręcał” w alkowie pani Beger posła Lipińskiego, przygotowując ogłoszenie przez PO pierwszego, kompletnie już dziś zapomnianego „ciamajdanu”), to na pewno organizatorzy jego ogromnej medialnej promocji mają określone polityczne intencje i rachuby – wcale nie wyklucza faktu, że film po prostu pokazuje prawdę. A prawda ma to do siebie, że nie można jej unieważnić pytaniami „kto za tym stoi” i „komu to służy.

Trafienie jest celne i bolesne, i polscy katolicy mają cholerny problem. Nawet nie tyle z pedofilią i z wypieraniem, chronieniem oraz usprawiedliwianiem „swoich” pedofilów, bo to istnieje i przybiera formy zorganizowanych mafii w różnych środowiskach – choć, oczywiście, pełna zgoda, że od kapłanów i Kościoła wymagać trzeba wielokrotnie więcej, niż od sfer artystycznych, biznesowych czy od polityków. Problemem prawdziwym jest skala niesterowności, rozkładu i zgnilizny, jaka ogarnęła polski Kościół w bezpiecznym ciepełku i bezruchu, jakiego zażywał on przez dziesięciolecia w cieniu wielkości Jana Pawła II – bezruchu, który zamienił się w zaduch „brudnej wspólnoty”, kryjącej nawzajem swoje grzechy i odstępstwa, czego ukoronowaniem było sławne „nie chcemy żadnych świstków wielokrotnie kserowanych” prymasa Glempa. Widać przecież, jak silnie powiązane były nadużycia pedofilskie z wewnątrzkościelną sitwą homoseksualną (czego Sekielski zdaje się nie zauważać, choć z pokazanych w filmie przypadków tylko jeden dotyczy molestowania dziewczynki) oraz z byłą agenturą SB (o czym wie na pewno, bo mówił to w wywiadach, ale w filmie temat ominął – podobnie, jak ominął litościwie tych przełożonych księży-pedofilów, którzy kojarzeni są z „kościołem otwartym” i liberalnym salonem).

Jeśli nie zdobędziemy się na szybkie i stanowcze działania zaradcze, jeśli nadal będziemy kościołem Pieronków i Głodziów, a nie Isakowiczów-Zaleskich, to legenda Jana Pawła II może zostać zniszczona (On to przecież, a nie jakiś Cybula czy Jankowski są prawdziwym celem ataku), Kościół zaorany jak w Irlandii i Polska straci bodaj czy nie ostatnią zaporę, chroniącą ją przed przerobieniem na, za przeproszeniem, tęczowy burdel z perspektywą stopniowego „wrogiego przejęcia” przez islam, wedle wzorców zachodnioeuropejskich.

Polacy-katolicy, powtórzę więc, mają ze swoim Kościołem cholerny problem – co zresztą dla większości tzw. prawicowych publicystów nie jest żadnym zaskoczeniem, a tylko smutnym spełnieniem ich przestróg.

Natomiast czy problem ma PiS i czy spełnią się nadzieje opozycyjnych salonów, już pijanymi ze szczęścia, że im Sekielski ze Smarzowskim wygrali wybory – to ja bym wątpił. Owszem, przez chwilę mogło się tak wydawać. Ale „totalna opozycja”, jak zawsze, okazała się niezawodna. Przykryć sugestywne, wstrząsające twarze ofiar pedofilii z filmu Sekielskich agresywną gębą nabuzowanego posła Nitrasa i obrazkami z sejmowego cyrku z wymachiwaniem transparentami i rzucaniem w Jarosława Kaczyńskiego dziecięcymi bucikami to naprawdę pijarowski majstersztyk. Po raz kolejny wraca natrętne pytanie, ile im wszystkim Kaczyński musi płacić. I kiedy wszyscy ci opozycyjni pajace zakrzykną wreszcie zgodnie: panie prezesie, meldujemy wykonanie zadania! – już po przegranej „totalnej opozycji” za tydzień, po jej przegranej w wyborach krajowych na jesieni, czy dopiero po tym, jak definitywne utopienie formacji lewicowo-liberalnej przypieczętują przegraną Tuska w wyborach prezydenckich w przyszłym roku?

Media antypisu i oddane układowi z Magdalenki „elity opiniotwórcze”, które rzuciły się radośnie konsumować sukces filmu Sekielskich, bliskie są powtórzenia czegoś, co nazywam „efektem Kwaśniewskiego-Mariotta”. Kilka razy mieliśmy w polskiej polityce podobną sytuację, odpalenia krótko przed wyborami propagandowej bomby, która miała zupełnie zmieść przeciwników, co zresztą ciekawe, wtedy po stronie umownie prawej. Myślę o pokazaniu filmiku z mocno „filipińskim” Aleksandrem Kwaśniewskim i Markiem Siwcem, „jajcującymi” sobie z Jana Pawła II w kampanii prezydenckiej Mariana Krzaklewskiego oraz o nagraniu z hotelu Mariott, dokumentującym matactwa Janusza Kaczmarka, Ryszarda Krauzego i Andrzeja Leppera. W obu wypadkach (i kilku podobnych, pomniejszych) wyborcza wunderwaffe zawiodła – i w obu przypadkach dokładnie z tej samej przyczyny. Ponieważ pierwszy, bulwersujący przekaz, został szybko przegrzany i doprowadzony do groteskowej parodii. Kiedy wizytę Kaczmarka u Krauzego pokazała telewizja raz, i jeszcze po pierwszej powtórce, sondaże mocno wychyliły się na rzecz PiS. Kiedy nadgorliwie zaczęto ja grzać po kilka razy dziennie, nawet najbardziej oporny wyborca zauważył, że ktoś próbuje go emocjonalnie nakręcać w jakimś sobie wiadomym celu. A tego nikt nie lubi.

Licytacja między Biedroniem, Schetyną, panią Scheuring-Wielgus i innymi, kto zawsze walczył z pedofilami, a kto ich chronił albo wezwań dla walki nie podchwytywał, licytacja między PO z PiS na projekty ustaw zaostrzających kary, cały ten sejmowy cyrk z wczoraj, wiodą do tego samego skutku. Podobnie jak to dęte tworzenie pozorów, telewizyjną propagandą oraz groteskowo przesadzonymi słupkami jakiejś partyjnej sondażowni-krzak, że  niby nastąpił „nowy sierpień”, ludzie masowo powstają przeciwko znienawidzonemu Kościołowi i jego sprzymierzeńcom z PiS, tłumy wychodzą na ulicę z tęczową pianą na ustach i ustawiają się w kolejki do urn. Pamiętam takie wzmożenia, choćby w czasie drugiego „ciamajdanu”, tego „w obronie wolności słowa” – „martwy” Diduszko, „policja użyła gazu, to ich moralny koniec”, zdyszane relacje z rewolucji w tefałenach, sugerujące kadrowaniem, że Sejm szturmowany jest przez rewolucyjne tłumy, Warszawa płonie, a państwowa telewizja już wyleciała w powietrze… Zawsze jak dotąd trwały one bardzo krótko i za każdym razem krócej.

Tyle, że wybory do europarlamentu to sprawa mało istotna, po nich będą następne, po nich znowu następne… A upadek Kościoła, jeśli do niego dopuścimy, może być katastrofą rozpoczynającą długie pasmo nieszczęść dla Polski. Coś z tym wreszcie trzeba zrobić, i to coś radykalnego.

„Biada złym pasterzom, którzy prowadzą do zguby owce mojego pastwiska”. To nie ja napisałem. To mówi Pan.

Rafał Ziemkiewicz
21
37

Koalicja Obciachu

Stronnicy „opozycji totalnej” muszą mieć doprawdy niezwykle mocne mięśnie powiek. Trzeba nie lada siły, by zdołać zamknąć oczy na to, jakim obciachem i pośmiewiskiem jest całe to towarzystwo, które pompatycznie stroi się w takie przymiotniki jak „demokratyczny”, „europejski” czy „obywatelski”.

Reakcja „totalnych” na przedwyborcze zapowiedzi była oczywiście do mdłości przewidywalna, PiS jak zwykle zagrał na pewniaka. Po pierwsze, jednym chórem zakrzyknęli politycy PO i jej „przystawki”, „piniędzy nie ma i nie będzie”, to nieodpowiedzialne rozdawnictwo, populizm, prosta droga do ruiny budżetu i kupowanie wyborców, czyli „korupcja polityczna”. Po drugie: to wszystko przecież nasze postulaty programowe, nasze pomysły, które PiS nam ukradł.

To naprawdę nie była jakaś wpadka – że Schetyna powiedział tak, a Neumann czy Kopacz inaczej, bo się w porę nie umówili co do „przekazu dnia”. Obie narracje od wielu dni funkcjonują w przekazie opozycji równolegle i najwyraźniej opozycja nie dostrzega między nimi sprzeczności, tak, jak pani Janda nie widzi nic dziwnego w tym, że w jednym wpisie przechwala się swą wrażliwością na cierpienia zwierząt, a w drugim zachwala „fois gras” pałaszowane właśnie w wykwintnej restauracji.

Dłubię w politycznej publicystyce od bez mała trzydziestu lat (pierwszy felieton wydrukowałem w pierwszym numerze „Najwyższego Czasu” w roku 1991), miałem już przez ten czas do czynienia z niezliczoną liczbą głupot i nonsensów, w jakie nasze życie publiczne zawsze obfitowało, ale nie przypominam sobie w ciągu tych wszystkich lat czegoś tak kuriozalnego, jak list reżyserów i filmowców, potępiający Jarosława Kaczyńskiego za to, że na konwencji PiS zacytował słowa Agnieszki Holland „walczymy o to, żeby znowu było tak jak było”. Filmowcy nie posuwają się aż tak daleko, by negować, że pani Holland tak powiedziała, przemawiając na demonstracji KOD-u, bo słyszała to przecież cała Polska (ja też) – ale zacytowanie przez Kaczyńskiego obraża ich zdaniem ich koleżankę, bo ona mówiąc to miała na myśli co innego, niż zdaniem autorów listu miał na myśli Jarosław Kaczyński ją cytując.

Co tak naprawdę może mieć na myśli pani Holland trudno dociec. Ona z kolei podpisała się pod innym listem (te nieustannie podpisywane zbiorowe listy to sama w sobie komedia, reliktowy instynkt salonów – jak u Bułhakowa, obcięło Berliozowi głowę, to trzeba natychmiast napisać jakiś list, podpisać zbiorowo i gdzieś wysłać), a mianowicie pod listem broniącym wicedyrektora warszawskiego muzeum przed konsekwencjami dyscyplinarnymi za to, że po morderstwie na Pawle Adamowiczu rozpowszechniał grafikę, na której profil Jarosława Kaczyńskiego wpisany był w rękojeść noża. Zdaniem podpisanych, w tym pani Holland, owa grafika to nic złego, „sztuka krytyczna”. A mnie wciąż dźwięczy w uszach ta sama pani Holland mówiąca Tomaszowi Lisowi, że plastelinowe figurki-karykatury pani Pieli w TVP Info to „faszyzm”. Tak, nie „sztuka krytyczna”, tylko „faszyzm”. Może od osoby, która ze śmiertelną powagą i skruchą przyznała się, że kogoś kiedyś pozbawiła życia poprzez nakłuwanie szpilką laleczki vodoo nie powinno się wymagać więcej niż od pałaszującej fois grais miłośniczki zwierząt, ale przecież opozycja świadomie czyni z obu tych pań swoje autorytety i ikony.

Osobiście czekam teraz na list np. Towarzystwa Dziennikarskiego, które potępi cytowanie sławnej „jedynki” na której „Gazeta Wyborcza” biła na alarm, że PiS chce dać podwyżki nauczycielom, pielęgniarkom i innym – bo „Gazeta Wyborcza”, pisząc to co napisała, nie miała na myśli tego co napisała, co zresztą napisała wyraźnie odcinając się od siebie samej jeszcze tego samego dnia. Przy czym pierwszy potępił tytuł i grafikę na pierwszej stronie redaktor Bartosz Wieliński, widniejący na tejże pierwszej stronie jako redaktor prowadzący wydania. Jak widać, składanie tzw. samokrytyk i odcinanie się od własnych błędów i wypaczeń ma michnikowszczyzna głęboko w DNA i nic tego dziedzictwa „drużyn walterowskich” nie jest w stanie w nim stłumić. Nie była to przecież pierwsza taka farsa – dopiero co odcinała się „Wyborcza” od własnego, również czołówkowego materiału o kopercie Birgfellnera, po tym, jak publicznie wyznaczył właściwą interpretację sprawy mecenas Giertych. A wcześniej rozsyłała prenumeratorom specjalne objaśnienie, na czym polega odkryta przez nią „afera”, bo tak ją opisała, że nikt, nawet zawodowcy, nie mógł zrozumieć, o co w tekście chodzi – a miał to być, przypomnę, wedle jej zapowiedzi, tekst, który wstrząśnie Polską, zmieni scenę polityczną i raz na zawsze skompromituje PiS.

Ewa Kopacz, opowiadająca z przejęciem w telewizji, jak jaskiniowcy polowali na dinozaury obrzucając je kamieniami, i to „miesiącami”, nie jest wszak jakąś szeregową członkinią PO – to była premier, obecnie wybierająca się do Parlamentu Europejskiego, jakby mało tam było jednej Róży Thun. I to właśnie ona wyznacza poziom umysłowy opozycji. Tylko ludzie równie jak wspomniane panie inteligentni i mądrzy mogą  wierzyć, że potęgę PiS złamie koalicja wszystkich ze wszystkimi z programem wszystko dla wszystkich. Koalicja, w którą na dodatek na plan pierwszy wysunięto symbolicznie praktycznie nieistniejącą w sondażach ani wyborach kanapową partię Zielonych, której dwoje przewodniczących wystąpiło w akcie założycielskim na równych prawach z liderami PO, PSL, SLD i Nowoczesnej (Zieloni mają dwoje przewodniczących, męskiego i żeńskiego, dla parytetu – co moim zdaniem jest otwartym seksizmem, jeśli nie faszyzmem, bo skoro już w przeciwieństwie do zwykłych partii stosują parytet to gdzie są współprzewodniczący homo i trans?)

Środowiska tworzące Zielonych głoszą, że jedzenie mięsa to „holocaust zwierząt”, domagają się zamknięcia farm futerkowych i drobiowych, w ogóle zakazu hodowli, chcą zakazać nawet dojenia krów (ja nie żartuję!). Po prostu idealny koalicjant dla PSL, jakby mało już było wiejskim wyborcom sojuszu z rozwydrzonymi perwersami od LGBT.

To wszystko – a każdy dzień to kolejna „beka” – nie jest żadnym przypadkiem, tylko logicznym skutkiem. Wszystkie opisane tu nonsensy mają jeden wspólny mianownik, jeden, ten sam powód, który sprawia i to, że „Wyborcza” potępia z oburzeniem podwyżki dla pielęgniarek, i to, że Janda rozpowszechnia rzekomą wypowiedź prezydenta będącą tak prymitywnym i oczywistym fejkiem, że zauważyłby to nawet mój york, i to, że Holland i inni Kali raz potępiać faszyzm, a raz chwalić „sztukę krytyczną”. Tym mianownikiem jest nienawiść do Kaczyńskiego (a w nim – do tej gorszej, „niewyedukowanej”, „kupionej za pińset” Polski, dla której pogarda wyłazi z Jaśnie Oświeconych na każdym kroku). Nienawiść tak wielka, że dobre jest wszystko, absolutnie wszystko, czym można w PiS uderzyć – nawet za cenę oczywistego nonsensu, zaprzeczania sobie samemu i innego rodzaju samokompromitacji. Których zresztą antypis w nieustannym moralnym wzmożeniu graniczącym z obłędem już nie jest w stanie zauważyć.

Rafał Ziemkiewicz

Czytaj więcej na https://fakty.interia.pl/opinie/ziemkiewicz/news-koalicja-obciachu,nId,2861393#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

20
23

Banach w tęczowych gaciach

 

Zmian już wreszcie przyszła pora…

Zarząd Dróg bez dyrektora!

Poszedł Piotrek, poszedł precz

Jego pognać – wielka rzecz!

(ludowa przyśpiewka zasłyszana przy grillu w powiecie)

No i się wreszcie stało i się naród stęskniony doczekał, zaś miejsce nad kominkiem, gdzie zazwyczaj wiesza się największe trofea myśliwskie zostało zapełnione. Piotruś Banach już nie jest Dyrektorem Zarządu Dróg Powiatowych. Tym samym skończyła się pewna epoka. Jeszcze wcześniej na osłodę gramotę do Ziobry wysmażył i jeszcze gacie założył. Nie byle jakie, bo tęczowe. A jak potem brązu nabiorą?

Starosta Leńczuk może sobie pogratulować. Kto by pomyślał, że taki niezwykle zwykły Andrzej, miłośnik jazzu i człowiek związany z kulturą, co to rowerem do Częstochowy jeździł, a jednak za spust pociągnął, jak rasowy myśliwy, gdy przyszła pora. Choć są i tacy, co uważają, że tak naprawdę to celownik na Banacha wyregulowała sama poseł Hałas, a Leńczuk, jak Pawlak w scenie na transatlantyku może powiedzieć „ja tylko pociągnął”. W sumie dobrze wyszło, albowiem to trofeum obrosło w czarną legendę i wszystkim dało się we znaki. Był Piotrek, jak Pałac Kultury i Nauki, jak pomniki wdzięczności Armii Czerwonej, jak Lenin w Nowej Hucie – wiecznie żywy. Niestety, ale tu w powiecie zawsze kojarzył się będzie z najgorszą stroną Szpaczego zamordyzmu, arogancji i braku kindersztuby. Lubił Pan Dyrektor niepotrzebnie pokazywać, kto tu rządzi, a z ZDP uczynił udzielne księstwo, w którym rządził, jak chciał. Myślał, że Szpak będzie rządził wiecznie. A tu jesienią sruuuu…

Data Piotrkowej abdykacji też historyczna – 30 kwietnia. W 1945 r. Hitler palnął se wtedy w łeb. Mało tego, 30 kwietnia to Międzynarodowy Dzień Jazzu, którego nomen omen Leńczuk jest wielbicielem. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że właśnie oto mamy pierwsze owoce sławetnej gramoty do Ziobry, co to jednym z sygnatariuszy był Banach. Widać Ziobro list przeczytał, ale się nie nabrał, a pognano precz jednego z sygnatariuszy. Komicznie to teraz wygląda z perspektywy czasu. Może lokalny PSL, będąc już praktycznie na deskach, nie powinien pisać już nic do Ziobry, żeby o sobie nie przypominać? Chyba że pisać, ale nie wysyłać, tylko taki wytwór wyobraźni wypaczonej powiesić na gwoździu w miejscu ustronnym – może kto to w wychodku przeczyta, nim skorzysta.

Przyczyny odejścia są na razie owiane mgłą tajemnicy, ale daje do myślenia, że Piotrek sam złożył rezygnację z trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia – zaproponował Zarządowi Powiatu, by nie musiał przez ten czas świadczyć obowiązku pracy. Innymi słowy Piotrek nie chce się w robocie pokazywać, weźmie równowartość pensji z 3 miesięcy i tyle go będziemy widzieć. To dobrze, bo nikt za nim płakać nie będzie. Musiała się odbyć jakaś męska rozmowa może i z prokuraturą w tle, bo ta już wertuje dokumentacje w krasnostawskim szpitalu. Widok Banacha odchodzącego ze spuszczoną głową w kierunku zachodzącego słońca może trafić na kuchenne makatki, tak, jak kiedyś słynny porykujący jeleń co to za PRL kuchnie zdobił. Czeka i Piotrusia rewolucja w rodzinnym stadle, bo on z zawodu dyrektor, ale bez angażu, a żona Regina ciągle z angażem wicedyrektorki w SP Siennica Różana.Będzie jej musiał w chałupie z drogi schodzić.

Zostanie Piotrkowi na otarcie łez przewodniczenie Radzie Gminy w Siennicy, ale tylko za 1200 miesięcznie. Jak to się wszystko dziwnie układa, bo mawiają że pycha kroczy przed upadkiem, a jeszcze coś ze 4 lata temu o wicestarostwie marzył, bo jemu zawsze jest mało. Ma on trochę za kołnierzem, oj ma. Wystarczy prześledzić całą historię z chodnikiem na Rudce, jak również posłuchać, co petenci opowiadają jak ich Pan były dyrektor traktował…Nawet NIK Banachowi błędy wytknął (cit.):

W związku z ustaleniami kontroli przedstawionymi w protokole kontroli, podpisanym w dniu 1 grudnia 2009 r., Najwyższa Izba Kontroli stosownie do art. 60 ust. 1 ustawy o NIK, przekazuje Panu Dyrektorowi niniejsze wystąpienie pokontrolne.

Najwyższa Izba Kontroli negatywnie ocenia zarządzanie przez ZDP drogami powiatowymi w latach 2007-2009 (I półrocze) w zakresie zapewnienia bezpieczeństwa ruchu drogowego.

Powyższą ocenę uzasadniają stwierdzone nieprawidłowości polegające między innymi na: − nieprzeprowadzeniu kontroli okresowych pięcioletnich i rocznych dróg, − niestosowaniu słupków prowadzących na łukach poziomych o promieniu mniejszym niż 450 m − prowadzeniu robót utrzymaniowych dróg bez projektów czasowej organizacji ruchu, − nierzetelnym prowadzeniu książek obiektów budowlanych.

Skończyło się dla Banacha definitywnie, jak on bidny teraz bedzie żył bez tych podziękowań, które mu co sesję składali? Jak bez tych bankietów? A ten z 2016 roku z okazji Dnia Drogowca to dopiero był huczny! Wódka była tak schłodzona, że aż szron z niej na podłogę kapał, a ten dzik, co go na koniec wnieśli z zimnymi ogniami w każdym możliwym otworze ciała. To dopiero było Bizancjum. Teraz Piotrkowi przyjdzie wrócić na kilka hektarków i pracować. Będzie miał czas pszenicę dopilnować, zebrać i sprzedać w najwyższej klasie, to samo z burakami. Będzie miał czas przepisy ruchu drogowego doczytać – dlaczego w terenie zabudowanym jest ograniczenie prędkości. No i zapewne nie omieszka doczytać do końca ustawy samorządowej, żeby wreszcie wiedzieć, że komisja rewizyjna powinna mieć plan pracy. Będzie się nieraz Piotrek przez sen wydzierał „sól sypać do piaskarki!” a i nie raz, jak Borową jechał będzie, to mu oczy mgłą zajdą i łzę uroni, bo on też wrażliwy człowiek, tylko gdzie indziej tę wrażliwość umiejscowioną ma. Po wsi mówi się, że do Izbicy Lewczuk go weźmie. To nie jest zły pomysł, a po tym ostatnim wszystkiego można się spodziewać. Wszak Izbicy „zaoranej” przez Babiarza może być już wszystko jedno…

Na koniec słów parę o garderobie, bo i na tym polu PSL notuje straty. Lider zespołu „Bayer Full” Sławomir Świerzyński – działacz PSL opuścił szeregi swojej partii z przyczyn etycznych, bo tak można wywnioskować z jego wypowiedzi w różnych mediach. Mianowicie Świerzyński twórca hitu „Majteczki w kropeczki” oburzył się na ludowców po tym, jak ci weszli w sojusz z Koalicją Europejską. To było za dużo dla lidera discopolowej kapeli, albowiem jedyne majtki, jakie Sławomir akceptuje to te w kropeczki, a tu ludowcy pakują się w tęczowe barchany. Taka wolta! Tylko że niebawem te tęczowe reformy, bynajmniej nie rolne tudzież nie legginsy, mogą zmienić barwę na brąz, który wiadomo czego jest oznaką. A zmieniający się kolor majtek to nic innego, jak zewnętrzny objaw strachu, który na stałe zagościł w oczach ludowców. Wybory do Parlamentu tak ich przerażają, że jeszcze przed jesienią muszą je zrzucić. A jak one przyrosną?

Dlatego smutna mina Szpaka na obchodach Św Floriana, który siedzi obok komendanta Pylaka, coś znaczy. Jakby Janusz chciał powiedzieć „Te… Pylak, przytul mnie! Miałem parszywy tydzień, bo mi Piotrka pognali”. Został się Januszowi na pamiatkę po tym całym Bizancjum tylko strażacki mundur i ten drugi w kolorze blue. A Kaczyński nie próżnuje, tylko podbiera elektorat, a dobry w tym jest, jak mało kto. Co to tam dla niego ukraść taki PSL? On, jak mały był, to przecież ukradł Księżyc!

Piotr Ślusarczyk

56
51

Ciotka łunia (pisownia celowa)

Poniższy tekst trafił na nasza stronę jako komentarz . Autorem jest użytkownik forum podpisujący się „aaa” Komentarz jest celny i na czasie albowiem za trzy tygodnie finał wyścigu do ełroparlamentu (pisownia celowa). W związku z tym zasługuje na tekst wiodący. Zapraszamy do lektury.

 

Dla tych, którzy zachwycają się Unia Europejską, a nie pamiętają PRL i ZSRR, napisze kilka zdań:

Dzisiejsze Schengen istniało za PRL, można było bez problemu na dowód osobisty poruszać sie po krajach tzw „demokracji ludowej” . Co większość skrzętnie wykorzystywała. Do Turcji też dało radę pojechać.
Na każdą złotówkę, którą otrzymujemy z tzw „budżetu Unii” dokładamy dwie własne do każde inwestycji. Poza tym tak zwany „budżet Unii” to nic innego jak składki państw członkowskich, czyli także nasze. Na 100 mld zł , które nasz kraj „dostał” z Unii, 52 mld zł wpłacił do jej budżetu. Do tych 100 mld zł trzeba doliczyć około 200 mld na wkład własny, dokumentację oraz obsługę różnych agend i agencji wymaganych przez prawo Unii, np ARiMR, zatrudnianych tam urzędników itp. Bo Unia ma wymagania.
Co do samych inwestycji – możemy budować co nam się tylko podoba, pod warunkiem, że Unia na to pozwoli. W pierwszej kolejności rozpoczęto budowę autostrad zachów-wschód (pisownia celowa) ponieważ były one pilnie potrzebne Niemcom do transportu towarów na i z Ukrainy i Rosji. Nie Polsce, tylko Niemcom.
Na budowę korytarza północ-południe do 2015 roku nie było zgody, a „kanał” ten nam jest bardzo potrzebny, natomiast zagraża Niemcom, Belgii, Holandii i Francji. Takie kraje jak Słowacja czy Czechy nie maja dostępu do morza i portów, a korytarz drogowo-kolejowy północ-południe do polskich portów na Bałtyku już dziś uszczknął około 20% ruchu w Hanowerze, Hawrze i Hamburgu. Do tego promowana przez Grupę Wyszehradzką nowa droga kolejowa do Chin po szerokim torze z terminalem przeładunkowym jest kolcem w d…. dla Niemców i Francji, które do tej pory obsługiwały gros ruchu statków morskich. Kanał ten jest szybszy prawie 2 razy i 3x tańszy niż transport morski.
Co do rolnictwa – jego sytuacja strukturalna nie zmieniła się. Do wejścia Polski do Unii rolnik był biedny, ale „na swoim. Po szoku Balcerowicza, rolnicy drastycznie ograniczyli akcję kredytową, posiłkując się wyłącznie środkami własnymi. Osławione finansowanie PROW niestety lawinowo spowodowało narastanie zadłużenia. Ceny maszyn , urządzeń i środków do produkcji wzrosły od 2 do 3 razy w stosunku do stanu sprzed 2004 roku. Wszystkie środki do produkcji obłożono maksymalną stawką VAT 23% (wcześniej większość była bez tego podatku). Wymagania ARiMR generują dla rolników ogromne koszty administracyjne – wymogi szkoleniowe to już kilka dni w roku nawet dla małego gospodarstwa, obowiązkowa rejestracja wszystkich zwierząt, upraw, kary za nawet minimalne uchybienia. Rolników kontroluje już kilkadziesiąt różnych instytucji. Wprowadzono obowiązkowe opłaty za tzw „odstępstwo siewne” czyli za siew własnym materiałem . Ceny materiału siewnego poszybowały w górę, dla pszenicy są wyższe o 100-150% niż koszt wykonania materiału siewnego własnymi środkami, a już w 2020 roku będą dodatkowe obostrzenia, tzn zakaz sprzedaży środków do zaprawiania i wykonywania zaprawiania w domu.
Wystarczy popatrzeć na popularne portale komornicze, jak wygląda sytuacja ekonomiczna rolników.
Większość sprzętu kupowana jest na komercyjne kredyty, a dopiero po czasie można dostać zwrot z PROW jeśli przejdzie się pozytywnie weryfikację, czyli zapłaci kasę firmie, która wniosek przygotuje pod zawiłe wymagania ARiMR. Często ten sam wniosek wypełniony przez rolnika jest odrzucany, a z pieczątką „firmy” kuzyna królika, idzie bez zastrzeżeń.

Z kraju wyjechało w/g danych GUS około 2,5 miliona młodych ludzi w wieku produkcyjnym, z czego szacunkowo 2 miliony trwale i w dłuższej perspektywie ściągną jeszcze około 1 miliona osób jako transfer swoich rodzin. Powstała luka na rynku FUS i ZUS, przez którą ten sam rząd, który szczycił się mianem „zielonej wyspy na morzu kryzysu” musiał ukraść ludziom 150 miliardów z OFE.

Jak byliśmy tylko rynkiem zbytu na drogie i gorszej jakości towary (co sama Unia przyznała i niemrawo chce zakazać takiej dyskryminacji) to było BARDZO OK
Jak byliśmy kopalnią doskonałej, młodej, wykształconej i pracowitej siły roboczej, to też było BARDZO OK. Jak w Polsce postały firmy konkurencyjne dla niemieckich czy francuskich i zaczęły szturmem zdobywać rynek (np transportowy) to błyskawicznie zaczęto nam rzucać kłody pod nogi

Jak ośmielamy się mieć własne zdanie w kwestiach geopolitycznych, tworzyć własne koalicje, wzmacniać armię i sojusze polityczno – militarne, automatycznie stajemy się krajem niedemokratycznym i łamiącym standardy unijne.

Pamiętajmy, że ilekroć naszej historii wspominamy takie kraje jak Francja, Niemcy, Rosja – zawsze bliskie związki z tymi krajami kończyły się dla Polski tragicznie, chyba, że prowadziliśmy z nimi grę z pozycji siły jako strona mocniejsza. Może wielu z was nigdy nie uczyło się, jak za czasów saskich Prusy podkopywały pozycję Polski zalewając nasz kraj podrabianym pieniądzem, aby zniszczyć dobrą renomę, jaką miał nasz kraj w handlu między wschodem a zachodem Europy.

Dla mnie „wstanie z kolan” to nie jest tylko „ośmieszający gest”. To jest pewien etap, który musimy przejść. To, co z powodzeniem udało się w roku 1918, gdy Polska z roli nieistniejącego kraju stała się jednym z głównych rozgrywających i na miarę swoich możliwości zbudowała od zera dość sprawnie działające państwo, dzieje się i teraz.

Wykorzystanie pieniędzy swoich wrogów do zbudowania własnej siły to nie żaden wstyd, to majstersztyk polityki. Dlaczego pod dyktando Unii mamy budować coś, co nie jest nam potrzebne ? Do tej pory tak właśnie było , ale powoli się zmienia.
Dla mnie 15 lat członkostwa, to co najmniej 10 lat zmarnowanych. Mam nadzieję, że to się zmieni.

33
25