Czarny koń i pokoleniowa zmiana warty (!?)

Porozumienie Ziemi Krasnostawskiej pochwaliło się nowym nabytkiem. Jest nim kandydat na burmistrza Daniel Miciuła. W tym celu wysmarowali na swoim FB encyklikę i jest tam ciekawe sformułowanie, które trzeba obśmiać, bo tego jeszcze nie grali i co to „człowieki” potrafią wymyślić, gdy są w desperacji…

Daniel Miciuła to doskonały absztyfikant do ratusza i 100% wzorca kandydata doskonałego. Medialnie prezentuje się idealnie. Nie dość, że młody, bo 34 letni to jeszcze przedsiębiorca. Tam się nie ma czego „czepić” Wymalowany kandydat wprost, jak konie przez Kossaka… a ten spec od ich przenoszenia na płótno nie jest tu przypadkiem, bo Daniel spełnia rolę konia; póki co pociągowego. Miciuła to zupełnie inny świat i PZK na taki ideał nie zasługuje. A jeszcze ta żona i te cztery córki… No cymes i przez to wszystko prawda co o nim napisali w swoim poście na FB. Tu nakitować nie mogli, bo się nie dało, a trudno z faktami dyskutować i działać sobie na szkodę. Tak że dobrze jest i wyśmienicie wręcz, a przysłowiowe schody zaczynają się tuż za rogiem.

Te schody to rozbieżności w ich deklaracji z rzeczywistymi celami całego przedsięwzięcia. Ciężko uwierzyć w to, co napisali o swoim oddaniu Danielowi i całej sprawie. Tym bardziej, jak się ich zna, a przynajmniej niektórych i ci „niektórzy” wystarczą za wszystkich. Toż znać Nowosadzkiego to tak, jakby wiedzieć o nich wszystko! A tego fragmentu z ich manifestu obawiam się najbardziej, bo on i śmieszny, i straszny, i pod „przemyślenie” „W PZK przyszedł czas na pokoleniową zmianę warty, która dokonała się w sposób naturalny. Nasz młody kandydat ma silny mandat całej formacji i może liczyć na wsparcie doświadczonych samorządowców w przyszłym sprawowaniu funkcji burmistrza Krasnegostawu. Nasza ekipa idzie do tegorocznych wyborów w składzie zróżnicowanym wiekowo, rozpinając most między najlepszymi tradycjami samorządowymi z czasów burmistrza Andrzeja Jakubca oraz nowoczesnym podejściem i ambitnym spojrzeniem w przyszłość, o którym mówi Daniel Miciuła.”

To trzeba być „chory optymista” albo „kompletny ignorant” by uwierzyć w pokoleniową zmianę w PZK. To bajka pod takie, a nie inne okoliczności, bo coś ludziom trzeba powiedzieć, a trudno uwierzyć, że oni na czele z Jakubcem oddają stery nowemu pokoleniu, i to teraz!? Na papierze i przed wyborami to i owszem!? Doprawdy trudno temu dać wiarę bo Jakubiec nawet grzebienia by nie oddał, choć każdy wie, że już dawno zarzucił jego użytkowanie. Jeśli już „oddał stery” to tylko dlatego, że nie są mu potrzebne, albo lepiej! On je porzucił, bo się nimi znudził, bo… ale o tym za chwilę.

Oni tymczasem mieli problemy kadrowe przy obsadzie kandydata na fotel burmistrza ponieważ Porozumienie Ziemi Krasnostawskiej jest od jakiegoś czasu formacją „wymierającą” Dopadło ich coś takiego, jak kiedyś mamuty na wyspie Wrangla. Odcięte od lądu karlały, aż na koniec kopnęły w kalendarz. Tak i oni… a wszystko przez to, że latami nie dopuszczali nowej krwi tylko kisili się we własnym sosie. Młodych, jeśli już, to brali tylko po to, by ci robili za mięso armatnie obficie „krwią”, rosząc „pola samorządowych bitew”, aby „tłuste koty” z pierwszych i biorących miejsc mogły znów wylądować na żerowiskach. Sami wzorem zgody nie byli, bo co wybory zgrzytało w środku, aż leciały iskry, ale porozumienie w nazwie mają to się ostatecznie dogadywali w akompaniamencie gromów i błyskawic, i zwyczajnych fochów.

Ale zgrozą powiało, i to taką z aromatem „dołów śmierci”, wtedy kiedy „stary Prusak i zwornik układu” Jakubiec Andrzej przeszedł na emeryturę i poczuł jej błogość, i to jest to wyżej wspomniane „bo” Wtedy się zaczęły kłopoty PZK. Andrzej zaczął kręcić nosem najpierw z wolna, a potem to już bez ceregieli i dawaj robić po swojemu, bo on ma „pruskie”, a przez to dziwne poczucie humoru. Jemu się odechciało miasta i kolegów, ich „los” najwyraźniej wisi mu kalafiorem. Jest emerytem, a PZK mogłoby przestać istnieć, bo już jest w lepszej firmie co się nazywa ZUS. Zarzucają mu przez to niektórzy „egocentryzm” co akurat w takich okolicznościach ma pokrycie w faktach. Do tego jest jeszcze jego „charakterek” słynny na całą okolicę. Dość trudny z dominującą permanentną wyniosłością w niemalże każdej sytuacji. Dlatego zniechęcony miastem, w którym przegrał dwa razy z rzędu zapragnął „spróbować się” w powiecie do spółki z Nowosadzkim i ku jego rozpaczy. No bo co emerytowi szkodzi!?

Moim zdaniem ten „powiatowy kaprys” był złośliwością i sobiepańskim gestem. Zagrał Markowi na nosie i jeszcze go w zadek uszczypnął tym „pomysłem” To był i rewanż na kolegach za przeszłość, w której może mu, który uczynił jakiś afront albo co. Jakubiec pamiętliwy jak słoń… Żeby nie było to sondował, czy warto startować do ratusza! No ale wyszło jak wyszło i obaj z miasta idą do powiatu z „Trzeciej Drogi alias Nogi” do spółki z „człowiekami” od Szpaka.

W takich okolicznościach, gdzie ratunku znikąd można powiedzieć, że Miciuła Daniel jest wypadkową decyzji Jakubca i po trosze cykorii Nowosadzkiego. Bo ten drugi był naturalnym kandydatem PZK. Ale że odwagą i wyobraźnią nie grzeszy to się po oślemu uparł i startuje do powiatu w zawodach, gdzie na pięć miejsc może być nawet i kilkunastu chętnych, i to całkiem grubych ryb. Nowosadzki już nigdy takiej szansy jak obecnie miał nie będzie, bo aktualny burmistrz Kościuk jest tak słaby, że aż tego nie rozumie. Namawiali go koledzy, a jakże, ale on jak zwykle trząsł portkami. Naturalnym byłoby przeskoczyć po dwudziestu latach w powiecie do miasta, gdzie pojedynek z Kościukiem byłby formalnością i konfrontacją praktycznie jeden na jeden. Wygrałby to „Ibisz” z Piekarskiego, a jakim byłby burmistrzem to już inna rzecz. Jednocześnie Marek powtarza, że rządzenie to kwestia wyboru właściwego, bo kompetentnego otoczenia. No a jak tak, to czemu się waha wypada zapytać…

Dlatego teraz mają w mieście Daniela Miciułę, co jest i koniem pociągowym i jagnięciem ofiarnym z jednej strony i z drugiej aktem rozpaczy tych z PZK co ich Jakubiec osierocił, a Marek tradycyjnie zawiódł. Im trochę do emerytur brakuje, a chcieliby jeszcze dzioby w melasie umoczyć. Bo kandydat na burmistrza co do zasady ciągnie cały komitet, zwiększając szansę na liczbę mandatów, i to jest ta pociągowa rola Daniela. Poza tym PZK zawsze wystawiało kogoś do ratusza i nawet rządziło przez Jakubca w mieście długie lata. To jak w takich okolicznościach uwierzyć w prawdziwość zmiany pokoleniowej? Desperacja i pośpiech, a nie zmiana… O i tyle!

A jeśli oni piszą, że Daniel może liczyć na ich wsparcie to aż się śmiechem zanoszę, bo oni tacy skorzy do politycznej roboty jak Nowosadzki odważny. Toż to „prawie emeryci” przyzwyczajeni do czerpania profitów z dobrych miejsc na listach. Daniel jest „potrzebą chwili” mądrością etapu i oni żadnej mięty do niego nie czują, bo to dla nich ciało obce. Trafił im się przypadkiem i zrządzeniem losu. On chciał startować a oni kogoś potrzebowali. Dlatego jeśli chce się liczyć w wyścigu do ratusza powinien sam ze swoim otoczeniem robić sobie kampanię, nie oglądając się na geriatryczny batalion z PZK… W tym wyścigu ma szansę, a nawet można go uznać w hołdzie Kossakowi „Nie malowanym Czarnym Koniem” A my mamy w ten sposób paradoks, bo pojawił się w mieście bardzo przyzwoity i poukładany kandydat z widokami na ratusz przy dobrej kampanii. U którego brak doświadczenia samorządowego jest atutem, bo nie jest unurzany w grajdołowe układy i zależności. Jest tak dobry, że zupełnie nie pasuje do PZK, ale że scena polityczna jest zabetonowana to jest gdzie jest. Dlatego, gdybym był mieszkańcem Krasnegostawu, to głosowałbym na Miciłułę, by słowo stało się ciałem, a zmiana pokoleniowa faktem, a nie deklaracją na FB.

22
2

O przewrotach powiatowych ciał pedagogicznych i niebieskich czyli Leńczuk alias „Ciaputek” w opałach

 

Dzisiejszy felieton traktuje o próbach odwołania Leńczuka „tak zwanego starosty”  tytułowego „Ciaputka”  Ale jak przystało na satyryczną relację procesu ciągnącego się cztery miesiące to ta jest dość pokaźna. Dlatego co by czytelnik nie sarkał, to jako rekompensatę za rozmiary dostaje wartką akcję z dużą ilością zabawnych ciekawostek i obserwacji. W śmiertelnie poważnym „Nowym Tygodniu” u równie śmiertelnie poważnego Stępnia tego nie znajdziecie. Zapraszamy do lektury i na rosół z kury… 

 

Póki co krucjat po głowę Ciaputka było trzy i czy będzie więcej to jedynie Pan Bóg raczy wiedzieć. Pierwsza z nich miała miejsce tuż po ogłoszeniu składu list PiS do wyborów parlamentarnych z których wycięto Teresę Hałas. Ciaputek z Nieściorkiem już od jakiegoś czasu zaczęli stawiać na Ryśka Madziara, a za ten afront należało im się odwołanie, i to ze skutkiem natychmiastowym. Dlatego „wierni” z otoczenia Teresy Hałas zaczęli zbierać podpisy aby „słowo ciałem się stało. Szło całkiem sprawnie i nawet całe PSL gotowe był to poprzeć. A nie żądali za to dużo i można powiedzieć, że skłonni byli dać poparcie za wręcz symboliczne nabytki. „Ludowce” również byli zdradą Leńczuka „zniesmaczeni i oburzeni”, tym bardziej, że Szpak „Ciaputka” utopiłby w łyżce wody i dla tego z czortem poszedłby na układy. Jak widać „pokaranie zdrady i zdrajcy” jednoczy ponad podziałami. I nade wszystko dla tych z PiS był to wyśmienity moment na takie operacje, bo jeszcze sześć tygodni przed wyborami, których wyniku nikt – a szczególnie PSL – pewny nie był. Czas pokazał, że ten wrześniowy termin był najdogodniejszy… a okazja stracona raz okazała się straconą na zawsze. 

Sam przebieg „rabacji” miał momenty komiczne, bo Józio Wroński gdy usłyszał o przewrocie, to skołowaciał by potem zgłupieć. Poleciał w takim stanie do Leńczuka z informacją, że się na niego gotują, a on ze Szpakiem nie pójdzie. Potem przelazł, jak chłop przez płot po plebańskie gruszki na stronę Nieściora i Leńczuka. By w czasie kampanii kibicować Madziarowi, tak mu się ten Wołomin spodobał!?

Justyna na tronie w Ewy koronie!?

Przewrót zasadzał się na pomyśle, że na miejsce Leńczuka starostą zostanie Justyna Przysiężniak i ta nawet się zgodziła … by za jakiś czas zmienić zdanie. Oczywiście koło jej ucha „pobrząkiwała” „koleżanka” Ewunia Nieścior. Tak jej malowała konsekwencje przewrotu, jak ten pleban chłopu, który zamyśla opuścić wieś, idąc za chlebem. Jednym słowem lepiej na dupie siedzieć. Tak i tu… a Madziar to siłacz i co to będzie jak się dowie! I on Teresę zaciukał to nas tym bardziej i dlatego lepiej Leńczuka nie ruszać!? Ewunia wszystko tak suflowała Justynce i innym, bo sama miała ochotę na urządzenie się gabinecie starosty, a ten był jej potrzebny do gorzkowskiej rozgrywki i gdyby to jej zaproponowali „starostwo” to inaczej by „brząkała”.

Marek nawalił i co się u niego trzęsie!?

W całej operacji tradycyjnie „nawalił” Nowosadzki a nawalił koncertowo. Tak jak Marek „nawala” to „nie nawala” nikt! W tej czynności to równych sobie nie ma. Również panikował ale w sposób dyskretny, dystyngowany, siejąc kapitulanckie nastroje po cichu, konsekwentnie, tak jak to on potrafi. To był sabotaż pierwsza klasa, bo u niego nic się nie da jak się boi. W określeniu tego co jest dla niego „nie dobre” pomaga mu niezawodny „czujnik” umieszczony na tę okoliczność w nieparlamentarnej  części ciała, który nią trzęsie w razie „zagrożenia”. A robi to lepiej niż tancerki samby na sambodromie w czasie karnawału w Rio. Dlatego wił się jak piskorz, stawiał warunki, by na koniec dojść do wniosku, że poprze jak już będzie wszystko gotowe i na sam koniec złoży swój drogocenny podpis.

Miało być tak jak z tym żołnierzem samochwałą; wy zdobądźcie wrogie szańce, a jak będą dawać za to ordery, to i o mnie pamiętajcie! Ja tymczasem w szturmie nie wezmę udziału, bo jestem przeziębiony i boli mnie mały palec… Dylematów miał „pierdołowaty” Marek, tyle że ojej… Komu jak komu ale jemu wypadało to podpisać, i to jako pierwszemu, bez ceregieli, nie oglądając się na innych. Jego autograf powinien tam się znaleźć bez względu na to jak się cały przewrót miał potoczyć i czym skończyć. Gdyby podpisał to i inni mogliby przestać się wahać. W końcu Marek to „autorytet”!? W razie gdyby nic z tego nie wyszło Nowosadzki zostawiłby dobre wrażenie i przekonanie, że wie, co to lojalność względem pewnych zasad albowiem w polityce potrzebne są pewne gesty a on żadnych na koncie nie posiada. A to źle wygląda i coś znaczy… Ale oni chyba z Ewunią nadawali na tych samych falach i jedno wiedzieli. No i do takich rzeczy trzeba mieć minimum cywilnej odwagi. To jasne…

 „Gorzkowski Janosik” albo Rewolucja Październikowa czyli podejście numer dwa

Drugi zamach to już przedsięwzięcie, które miało pomysłodawcę z Gorzkowa. Początków należy szukać w okolicach połowy października po wyborach parlamentarnych.

Wtedy już było wiadomo, że Rysiek Madziar wywinął koziołka i przepadł, jak kamień w wodzie, a PiS zrobił najlepszy wynik, ale z marnymi widokami na sklecenie większości sejmowej, która poprze ich rząd. I skoro tak to w takich okolicznościach furiacko zaangażowała się Nieścior Ewa. Sama siebie namaściła na kierownika przedsięwzięcia, bo doszła do wniosku, że oto jej godzina wybiła i że teraz ona będzie  „Teresą Ewą”. Wciśnie się dla niepoznaki w jej garsonkę i nikt się nie połapie. Październikowa aura tak Ewie uderzyła do „uczycielskiej głowy”, że uwierzyła w to, że przyłożyła rękę do przegranej Madziara. Ale w czasie kampanii wyborczej nikt nie słyszał aby krytycznie się o nim wyrażała i gdy się to skonfrontuje z kapitulanctwem i podszeptami z pierwszego zamachu na Leńczuka, to można dojść do wniosku, że Ewa w ogóle nie ma pamięci do swoich „encyklik”! A taka „skleroza” u takiej „uczycielki” to wręcz katastrofa. I skoro tak, to może zgubić się w drodze ze szkoły do własnego auta! No a na taką stratę polskiej oświaty zwyczajnie nie stać!?

Teraz w październiku chciała w tych „jasełkach” wedle swojego scenariusza być  Janosikiem z Gorzkowa albo Archaniołem Gabrielem z Mieczem Gorejącym, który pokara Leńczuka z Nieściorem za niegodziwości jakich doznała od nich Teresa Hałas. Za ten „szlachetny akt strzelisty” zażądała skromnej reparacji w postaci stołka starosty, o którym przecież marzy od 2021 roku. Krzywda Teresy na chorągwi i na ustach pięknie się prezentuje. Jeszcze ktoś gotów uwierzyć, że Hałasowa dała na to przyzwolenie!? Oczywiście był to Ewy pomysł jak i wykonanie. To oczywista oczywistość, że tylko ona ma prawo do roli „wymiaru sprawiedliwości”. Przecież wiosną 2019 roku STO LAT  Teresie śpiewała najgłośniej a to już jest dla niej wystarczającą rekomendacją.

Tak się tych politycznych warcabach zapamiętała, że nawet Krzysia Zielińskiego wciągnęła do obsady swoich „jasełek”, miał być jednym z nowych pastuszków w zarządzie! Jak wiadomo Nieścior – stary pastuszek musiałby wyfrunąć, bo pogubił owce i zostały mu same barany. Nowosadzki oczywiście zachowałby stanowisko, takoż Boruczenko, a obaj z PZK jako „dwaj królowie ze wschodu”, no i Ewa jako gwiazda nad szopką zerkająca w żłób – słusznej wielkości i blasku, ale to już wiemy.

Herbatki u Marka i serniczek Ewuni czyli przez żołądek do serca 

 Marek w tym rozdaniu miał gwarancie utrzymania stanu posiadania dlatego „duszę” oddał bez wahania nie to, co we wrześniu. Tu skrupułów nie miał i się nie zawahał. Sądował dla niej opinię innych radnych a drzwi w gabinecie aż jęczały w zawiasach. Na telefonie wisiał jak radiotelegrafistka Lidka z „Czterech pancernych” na radiostacji. A nie dojadał, nie dosypiał i knuł politycznie, a to mu lepiej wychodzi niż wiązanie krawatów. Tak się zaangażował ! Dziwić to ślepe oddanie względem Ewy nie powinno, bo oprócz gwarancji to tyle, ile on jej herbaty naparzył u siebie w gabinecie to rzadko się zdarza, żeby zdrowy „chłop” sam z siebie tak „babie” usługiwał. Wieść gminna niesie, że Ewa na posiadówkach u Marka wysiorbała tyle czaju, że liczy się go w hektolitrach odpowiadających w przybliżeniu pojemności zbiornika retencyjnego w Nieliszu. Musi mu ona imponuje albo może poczęstowała go swoimi wypiekami, z których słynie. Jak nic po serniku, z którego wydłubywał rodzynki takiej ochoty na kolaborację nabrał!

Krzyś i jego namolne zaloty

No ale jak Justyna Przysiężniak usłyszała o Krzysiu w zarządzie powiatu, to szlag ją o mało nie trafił. Bo głupia musiałaby być do szczętu by za to jego „namolne zaloty” trwające grubo ponad rok, a polegające na wmawianiu jej „przestępstwa” w oświadczeniu majątkowym – podnieść rękę „za” i tym samym dać mu awans oraz większą kasę do ręki. PSL ze Szpakiem w awangardzie również było w tej układance, ale za swoje usługi chciało dużo więcej, bo po wyborach nabrało pewności siebie. A wróble ćwierkały, a to ptak dobrze poinformowany, że koniec końców to sam Boruczenko  zaczął mieć refluks na myśl o rebelii pod kierownictwem diwy z Gorzkowa. Doszedł chyba do wniosku, że nie chce żeby „baba” nad nim wrzeszczała i jak tak to on woli, żeby zostało po staremu. Jak tam było tak tam było, ale podmianka nie doszła do skutku, bo niektórzy z PiS trzeźwo zauważyli, że oni Ewki nie mogą poprzeć, bo ona po pierwsze miała swoje odloty i ma trochę na sumieniu, a po drugie to tak nie bardzo ją widzą w roli mścicielki „krzywdy Teresy”. Akurat na to był czas we wrześniu, a nie teraz!? A poza tym Ewa nawet członkiem PiS nie jest, więc jak to tak!? Niewzruszeni byli w swoich postanowieniach, dlatego Ewci marzenia musiały iść się czochrać…

Wypadki grudniowe czyli ormowskie jasełka z dożynkami w tle…

Koniec listopada to prawie grudzień, a jak jeszcze spadnie śnieg… To się robi taka atmosfera, że hej! Dlatego wobec takich znaków na ziemi i niebie Szpak Janusz były starosta i ormowiec bardzo się rozrzewnił albowiem wróciły wspomnienia. Zapachniało mu grudniami – 1970, 1981 roku, a wtedy jego formacja wykuwała sławę i reputację bijącego serca partii. Jako że i on sentymentalny to łzę wzruszenia otarłszy doszedł do wniosku, że pora samemu wziąć się za  „ostateczne rozwiązania kwestii Leńczuka”. No jemu to już musi się udać, bo jak nie on to kto! Właśnie w tym symbolicznym miesiącu by tradycji stało się zadość! Szpak chciałby „Ciaputka” powiesić na choince zamiast bombek i najlepiej w łańcuchach, bo go zwyczajnie nie cierpi. A i na co tu się oglądać, skoro rząd Morawieckiego marnieje w oczach by ostatecznie ducha wyzionąć 11 grudnia. Jak zamyślił tak zrobił i zwołał coś jak radę programową, czy bardziej konwent seniorów, bo tam w radzie w większości emeryci albo tacy co do niej dobijają. Termin tego konwentyklu wyznaczył na 14 grudnia, czyli dzień po kolejnej rocznicy stanu wojennego, bo on też chce mieć swoją kartkę w kalendarzu a z idolami młodości; Jaruzelskim i z Kiszczakiem nie wypada rywalizować ! Mieli się spotkać po komisji drogownictwa w gmachu starostwa.

Oberek Józia Wrońskiego i opłatek Stasia

Stawiło się spore grono zainteresowanych radnych, aż dziesięciu! A Józio Wroński znów odkręcił „fajsławickiego oberka”. Zaczęli mu dziękować, bo jak to miło, że został z nimi co odebrali jako poparcie dla pomysłu spławienia „Ciaputka”. Józio na takie sugestie odpalił, że gdzie tam!? On absolutnie nie popiera ale został, bo chciał posłuchać o czym będą rozprawiać. Rebelianci nie wykazali się zrozumieniem dla jego słusznej i szczerej argumentacji i go wyprosili, mówiąc, że będą gadać o wielkich rzeczach. I tak fajsławicki chłop szczerością pozbawił się informacji z pierwszej ręki, a mógł skłamać w celach „operacyjnych”. A przecież z takich okoliczności to się nawet nie trzeba spowiadać. Stasio Repeć to się akrobatycznie „wykręcił” i „urwał”  już dużo wcześniej, bo jego te przewroty tak interesują jak to czym Szpak w piecu pali. Wyłgał się opłatkowym spotkaniem z mieszkańcami w Rudniku.

 Marek jak zwykle nie zawiódł…Szpaka !?

Nie zawiódł  Szpaka za to Nowosadzki Marek, któremu ten bardzo dziękował za obecność i za to, że rozumie powagę sytuacji oraz dostrzega konieczność zmian. Marek, aż pokraśniał od tych komplementów, a szyja go miło zaswędziała do starej obroży i smyczy, na której za czasów „pierwszej dyktatury” Szpaka prawilnie chodził. O nim można powiedzieć, że już jest duszą w nowej po kwietniowej koalicji i on już „szpakowany” czytaj spakowany do przeprowadzki. Jego  trwanie przy Leńczuku męczy i chciałby, żeby się skończyło, a ten przewrót to byłby doskonałą przygrywką przed nowym rozdaniem na wiosnę. To, gdyby doszło do skutku byłoby jak okres narzeczeństwa. Tymi wizytami na konwentyklach to się Januszowi oświadczył! Ten pierścionek wziął i teraz Nowosadzki absztyfikant czeka na pierwszy pocałunek malinowych ust lidera ludowców. Rzecz w tym, że nie wiadomo, kto kogo będzie całował i w co. Bo tu trzeba 12 głosów i żeby nie było, że Marek sam się będzie musiał pocałować. Nowosadczak nic nie zmężniał i Szpaka obawia się chyba jeszcze bardziej, niż kiedy był przewodniczącym rady. Ogólnie im jest wyżej na drabinie w hierarchii stanowisk, tym cieniej śpiewa, taki z niego „powiatowy Kiepura”.

Porachunki tłustych kotów

Zieliński tradycyjnie też by chciał z tego koszyczka pełnego frykasów coś wywlec i spałaszować jak kot psotnik. Bo po co za myszami się uganiać skoro gotowe na kuchni stoi. Dla niego to ostatnia chwila i z jakichś powodów uważa, że zasłużył albo że się nadaje. Ale cały problem w tym, że akurat ten stołek co jemu pasuje i o którym od bardzo dawna marzy okupuje Nowosadzki. Krzyś Marka w tak zwanym międzyczasie, bo już od października, okłada w „internetach” i stara się go kompromitować. Między innymi tą rzekomą aferą, gdzie Nowosadzki jako bezpartyjny wicestarosta wpłacił 1000 złotych na rzecz kampanii PiS w 2019 roku. Dzielnie pomaga mu w tym „Nowy Tydzień”. Może ma to na celu zmiękczyć Marka, który tak „obrobiony” ustąpi Krzysiowi zydla, a jak nie ustąpi, to się choć „prawie poseł” Zieliński malowniczo wyzłośliwi i powścieka. Ale ciekawostką jest to że Nowosadzki w poprzednim przewrocie; tym pod egidą Nieścioressy był zwolennikiem obecności Krzysia w zarządzie powiatu. Nie miał nic przeciw a wręcz bardzo mu się ta koncepcja podobała. Tylko że Zieliński zapragnął więcej a Marek tradycyjnie wyszedł na frajera, bo naiwnie uważa, że z nim można się dogadać. A to jest niemożliwe bez oddania stołka i już wiele razy się o tym przekonał ale mimo to…on swoje!

Tak bardzo chce, że psuje wszystko !?

Krzyś Zieliński swoją obecnością w tym „maglu”, a szczególnie polityką zachęt psuje widoki na urzeczywistnienie celu przedsięwzięcia. Skutecznie zniechęca miedzy innymi trójkę radnych od Teresy Hałas; Księżuka Mirka, Przysiężniak Justynę i Mroza Jasia , którzy stanowią jakąś realną siłę. Krzysia „namolne zaloty” do Justyny Przysiężniak i Księżuka Mirka dotyczące urojonych nieprawidłowości w oświadczeniach majątkowych, skutkują tym, że ci nie myślą o poparciu podmianki w której on miałby uczestniczyć, dlatego jest jak jest. Ale podobno ktoś z „wywrotowców” pomyślał o tej trójce, co prawda nie całej. Rozważano ofertę dla Mirka Księżuka. Chciano go skusić miejscem w „nowym” zarządzie powiatu. Ten się nawet do tego nie odniósł tylko zbył to wzgardliwym milczeniem.

To wcale nie koniec „krzyśfuriackich” operacji, no gdzież! Po wyłomotaniu Nowosadzkiego i wspomnianej dwójce przyszła pora na Piotra Suchoraba z „Krasnostawian” i członka zarządu powiatu. Jego Krzyś „zachęcił”  perspektywą „koła ratunkowego uplecionego z kolczastego drutu”. A wyglądało to tak że ” ni z gruchy ni z pietruchy” wrzucił 13 grudnia ( na dzień przed spotkaniem chętnych do przewrotu ze Szpakiem) na swój FB stareńki artykuł z „Nowego Tygodnia”, sprzed prawie 6 laty. W nim mowa o tym, jak to radny padł ofiarą serii anonimowych donosów. Tłumaczył się z tego na sesji rady powiatu w marcu 2018 roku i właśnie między innymi o tym jest rekapitulowany artykuł. Natomiast Krzyś  „troskliwie i po krzyścijańsku” dopytuje w komentarzu pod postem; komu zależało na zdyskredytowaniu radnego z PSL na pół roku przed wyborami? Trzeba być pospolitym durniem, by nie zrozumieć prymitywnego i licho zamaskowanego podtekstu… No ale Zieliński taki jest.  Ale że akurat Suchorab lubi dotrzymywać obietnic to ma to w rzyci, a może to jego ostatnia kadencja? Wzruszył na takie „zachęty” tylko ramionami i tyle było wszystkiego. Dlatego powinszować rebeliantom w ich składzie Krzysia „na lewej pomocy”.  

Szpital podzielony

Natomiast Boguś Domański jak przystało na ambasadora własnej familii co chciał przy jej pomocy „domanizować” czytaj reformować radiologię powiatowego szpitala teatralnie i melodramatycznie waha się, ale podobno ostatecznie gotów poprzeć rebeliantów. Natomiast „historyk z własnej ulotki” i „Ginekolog Lubelszczyzny” Janeczek absolutnie jest na „NIE”! Od jakiegoś czasu to już jest kolegą z Jarzębowskim; dyrektorem SPZOZ. A w imię ocieplenia relacji z Ciaputkiem w czerwcu tak pięknie i ofiarnie bronił go na sesji absolutoryjnej „gazecianą kwerendą” W takiej sytuacji potrzeby zmiany nie widzi. Tak samo jak nie widzi rozwrzeszczanych osesków na swoim oddziale. Ale ich to w ogóle albo długo nie zobaczy nawet w okularach od „Stachniuka”

Jak podzielić powiatowy zjełczały tort ?

A jakby miał wyglądać nowy podział powiatowego zjełczałego tortu wedle Szpaka? Tego tak do końca nie wiadomo, ale coś tam wróble wyćwierkały. Nowosadzki i Boruczenko mieliby zatrzymać swoje zydelki to oczywiste, bez tego nie byłoby sensu. Krzyś wiadomo, jakie ma ambicje. PSL chciałby miejsca w prezydium rady i w zarządzie. Niby niewiele, ale to nie, w tym rzecz, bo Szpak, gdyby to dostał, a wszystko się udało, chodziłby w nimbie „chrzestnego papy” całego przedsięwzięcia. Przed wyborami byłby to dla niego dodatkowy atut – takoż i dla Nowosadzkiego, który, by ów układ sygnował, a wybory byłyby tylko jego prolongowaniem. Poza tym Szpakowi dałoby to osobistą satysfakcję, której łaknie jak kania dżdżu, że, w tym wieku spłodził coś tak spektakularnego i jeszcze „spoliczkował Ciaputka w jego gabinecie”. Tym samym odesłałby Korwina do lamusa, bo ten wieku 72 lat zaledwie ojcem swoich dzieci został. I tak sobie panowie myślą i tak się motywują.

Kleopatra z Gorzkowa na słoniu po urząd i władzę !?

Kto na „sezonowego starostę” u Szpaka!? To jedyne stanowisko, gdzie nie ma problemów z obsadą, bo od 2021 roku kandydat był widoczny jak słońce na niebie! Ewa Nieścior vel Nieścioressa w gestach i słowie tak się zachowuje, jakby władała Egiptem po Sudan i połową Syrii. To już jest Kleopatra z Gorzkowa i „Słońce Kraszczad”…Nowosadzkiemu na taką perspektywę wypada omdleć. Bo ona gotowa uczynić z niego swego Cezara… A wobec  takiej perspektywy to nic tylko się samemu zasztyletować!? To może być wybawieniem wobec Ewy serniczka, który musiałby zajadać i zachwalać, parząc przy tym swojej Kleopatrze czarną herbatę.

No tak… Przecież na spotkanie 14 grudnia z takim założeniem przyszła i tylko pod tym warunkiem bierze udział w „przewrotach” Ale w sumie, to po cholerę jej to!?  Bo z tego co widać to Kleopatra z Gorzkowa ma dwa marzenia. Jedno jest właściwe, docelowe a drugie pomocnicze i uzupełniające. To drugie to schwycenie stołka starosty do końca kadencji, po to aby użyć go jako tarana w walce o wójtowski fotel w swoim Gorzkowie. To niezbędne do zniwelowania przewag rywali, których ma w tym wyścigu. Choćby Parka Radosław –  gorzkowski Domański i kłoda w poprzek drogi którą Ewa chce iść po władzę. Do tego wiceprzewodniczący rady gminy i rywal jej małżonka Konstantego, który przewodniczy radzie gminy. A drugi Cichosz Piotr – aktualny zastępca wójta i klon Kasprzaka. Są jeszcze inni pretendenci, ale ci się jeszcze ostatecznie nie zdeklarowali. Każdy coś tam ma do zaoferowania i jest na miejscu, a Ewa? Ewa to „słaba kobietka” bo zaledwie radna powiatowa, która oprócz tego, że chce być wójtem żadnych atutów nie ma w stopniu gwarantującym wyborcze powodzenie lub dającym choćby jego cień. Wielu uważa, że i tak Nieściorów w „parnasie politycznym Gorzkowa” jest nadreprezentacja.

Ona sama w wyborach do rady powiatu prześlizgnęła się bez fajerwerków, zdobywając w Gorzkowie 229 głosów, a łącznie 250. Konstanty w radzie gminy również miewa chimery. Dlatego… jak to brzmi na ulotce, że o urząd wójta w Gorzkowie ubiega się aktualny starosta! Brzmi niesamowicie, że prosty elektorat gotów po jej przeczytaniu zmoczyć i splamić bieliznę z wrażenia ! W takich okolicznościach i przy takiej stawce „wyścig zbrojeń” jest nieodzowny. Niestety ale „Kleopatra felicjańska” oszałamiającą popularnością się nie cieszy. A to, że byłaby „starostą sezonowym” dla prostych i niewtajemniczonych wyborców nie ma znaczenia. Ewa w bitwie o fotel wójta wszystkich forteli się ima i chce „starościństwem” wojować jak Hannibal w Italii słoniami. Bo koncepcja podboju serc elektoratu wedle wzorca jaki preferował Jezus z grzbietu osiołka na którym wjeżdżał do Jerozolimy, zupełnie jej nie odpowiada. Wszak Nieścioressa walczy o królestwo na Ziemi a nie w Niebie i stąd te metody oraz determinacja. Mimo wszystko sprytnie to wykombinowała, łącząc jedno z drugim by zdobyć trzecie… Mają być fajerwerki i ma być spektakularnie! No i jest… prawie, bo wielu jej na tym stołku zwyczajnie „nie widzi”.

Drugie konklawe i polityczna impotencja na sesji

Ale to nie koniec operacji „ormowskie jasełka”, bo konsultacje w sprawie ich pełnej obsady 14 grudnia skończyły się bez ustaleń. Ostatecznej decyzje miały zapaść na następnym spotkaniu, którego termin wyznaczył Szpak na dzień 19 grudnia. I to drugie konklawe skończyło się… całkowitą klapą. Ponoć, gdy policzyli szable, to uciułali ich zaledwie 9, a wcześniej mieli 11! Czyli pospolite ruszenie rozlazło się do chałup. 21 grudnia odbyła się sesja budżetowa, trwała jak na krasnostawskie standardy krótko, bo ledwie coś ponad 2 godziny. Widać było w jej trakcie, że w „szpakowych kolędnikach – rebeliantach” zapał oklapł i dopadła ich impotencja polityczna, ale Szpak sam sobie winien, o czym za chwilę. Ograniczali się tylko do teatralnych wrzasków i pyskówek z Leńczukiem. Z tej wielkiej czarnej chmury, z której Szpak obiecywał Leńczukowi ulewę, która go zmyje nie spadła nawet kropla. Jedynie jak wyżej – Szpak, Zieliński i Piwko zrosili blaty stołów własną śliną, bo trzaskali dziobami jak boćki na wiosnę, ale to się mieści w kanonie i tyle było wszystkiego.

Smutny koniec rebelii „Dziadunia Szpaka” czyli Schwerpunkt a sowiecka sztuka wojenna

Okazję jaką miał Szpak i pokpił, to jest dopiero historia politycznej nieudolności ! To niechybny znak, że Janusz wiele stracił z dawnego „blasku” i teraz zostało mu tylko bezsilne machanie skrzydłami, jak na ptaka nomen omen przystało. Ma czego żałować, bo naprawdę był blisko, brakło mu jednej szabli do pełnego triumfu, ale co mu z tego „prawie zwycięstwa”. Ano nic, bo tego to się nad kominkiem nie powiesi i kurde wstyd!? W polityce jak na wojnie liczy się zwycięstwo, bo „prawie zwycięstwo” to eufemizm klęski. Tak pocieszać można w przedszkolu bajtla, by nie ryczał wniebogłosy.

Ale gdzie był błąd, bo gdzieś musiał być!? Moim skromnym zdaniem to w rozpoznaniu kluczowych dla operacji punktów i znajomości arytmetyki. To pierwsze można po trosze objaśnić w oparciu o teorię „Schwerpunktu”, to nic innego jak najsłabsze miejsce w linii frontu wroga, a który należy znaleźć i wywrzeć największy nacisk aby go przełamać i dalej już wiadomo. Ot, punkt przełamania, punkt decydujący, krytyczny, kluczowy… Tak przynajmniej opowiadali niemieccy spece od wojsk pancernych z czasów drugiej wojny.

Szpak widać, że wyrósł z sowieckiej szkoły, to i atakował po sowiecku – na wprost, frontalnie, nie bawiąc się w ceregiele i frajersko przegrał. Wystarczyło trochę pomyśleć, a przynajmniej spróbować. „Schwerpunkt” w tym wypadku to trójka radnych od Teresy Hałas. Tę trójkę należało sobie zjednać za wszelką cenę w całości, a nie próbować wydłubać jak nie przymierzając rodzynka z ciasta samego Księżuka. Oni się trzymają razem, i to było wiadomo od kilku miesięcy, że ich rozerwać trudno. Tym bardziej że Zieliński spoił ich, o czym za chwilę… Aby ich w całości zjednać należało rozmawiać i przede wszystkim wywalić z „lewej pomocy” Krzysia Zielińskiego, odciąć się od niego definitywnie. A nawet jeśli nie zmądrzeje, to również pozbyć się Ewuni Nieścior. Ona ma sporo „za uszami” i to prawdziwe utrapienie.

Zieliński swoim pieniactwem i „spiskowym fiołem” szukając w cudzych oświadczeniach przestępstw, a na mostach przekrętów vide Łopiennik z maja zeszłego roku – wyrządził całemu przedsięwzięciu Szpaka katastrofalne straty. To jest ekstrema bardzo malownicza chwilami, ale tyle co on jeden napsuje to 100 rozsądnych nie naprawi. I doprawdy Szpak marny uczeń, bo przecież towarzysz Kiszczak ekstremę umiał eliminować. Tak samo jak „Batko” Chmielnicki, co  Maksyma Krzywonosa sprzątnął, bo temu tylko były we łbie rabunki i rzezie. Od dawna Krzyś jest nieprzewidywalny i bezmyślnie złośliwy, a Szpak zapomniał jak mu hołubce w kadencji 2006-10 wywijał. Dlatego powinien wiedzieć, że z nim nic się nie zbuduje, ale jak tego nie zauważył i nie przewidział to zaprawdę pora na emeryturę, bo to zwyczajnie wstyd, poruta takiego słonia w menażerii nie zauważyć.

A teraz czysta arytmetyka. Jakby nie liczyć, to rebelianci z tą trójką bez Krzysia, a z Ewą to 13 szabel, bez niej 12, a skoro tak, to „jest po Leńczuku”. Tylko  problem polega na tym, że Szpak jest w kondycji, która go predestynuje jedynie do głupkowatych wrzasków, czytania anonimów i rzucania okularami po stole, a nie konstruktywnej krytyki i politycznego planowania. Dlatego, kiedy na sesji Janusz wrzeszczał na Leńczuka, że Pan to nawet obrazić nie potrafisz, bo i obrazić trzeba umieć, to wypada mu odpowiedzieć wedle tej samej recepty… Gdy się co sesja wrzeszczy, że było się lepszym starostą i wszystko robiło się lepiej to wypadałoby na potwierdzenie tych słów zmontować  większość, która zdmuchnęłaby Leńczuka jak gromnicę. Tym bardziej że były możliwości i to jakie! No wypadało by ale póki co, to „dziadzio Janusz” tylko w dziobie mocny i niestety nie sprostał własnemu wyzwaniu. Władzę też trzeba wiedzieć jak odebrać albo przede wszystkim. A sesyjny krzykacz nie zdołał jej nawet podnieść z „trawnika przed starostwem”. Z tej bezsilności apelował na ostatniej sesji do Ciaputka aby ten po świętach dobrowolnie odszedł, bo inaczej widać się nie da!? No i jak w takich okolicznościach nie rechotać ? I skoro tak, to niech już zostanie po staremu, bo co to da jak jeden wart drugiego !? 

A teraz do podsumowania… We wrześniu mieliśmy do czynienia z próbą odwołania Leńczuka, którą wypada ochrzcić mianem referendum z pytaniem – czy uważasz, że Leńczuk postąpił etycznie wspierając obcego nawet nie posła, kosztem lokalnego, któremu wszystko zawdzięcza?  Za potępieniem podpisało się trzech radnych, którzy z czasem nabrali wagi politycznej, ale nikt tego nie spostrzegł. Dzięki wrześniowej próbie „odgadliśmy zamiary serc wielu” a ziarno oddzielono od plew. Od października mieliśmy przyjemność obcować z serią powiatowych wywrotów – obrotów dwóch ciał pedagogicznych i jednego niebieskiego. Pierwsze to Nowosadzki i Nieścior Ewa, a drugie – Szpak Janusz w niebieskim ormowskim berecie. W tej układance występuje jeszcze Krzyś Zieliński, ale to „mgławica” w zamysłach i działaniu. No i to co oni wyprawiają na sesjach, to dowód pośredni, że powiaty nikomu do niczego nie są potrzebne. Bo pokłócić to się można na łące, na ulicy czy w prywatnej chałupie albo gdzie się chce. Ot i tyle z tego jest, że nawet nazwać tego „marnym widowiskiem” nie można… 

 

 

41
4

Życzenia Świąteczne…i prośba stałego czytelnika

 

Święta idą po wodzie i wypada czytelnikom życzyć. Ale, nim do nich dojdziemy to słów kilka o prośbie stałego czytelnika i co w związku z tym… Otóż stały czytelnik poprosił o ładne życzenia co się rozumie, ale chce zmiany ilustracji, bo jak to ujął rok w rok jest ciągle ta sama! Ale żeby nie było to czytelnik wierzący i praktykujący, i to jeszcze jak! Tylko widocznie mu się chyba obrazek opatrzył. Mimo że czas świąteczny to muszę popełnić rzecz mało świąteczną i niestety nie przychylę się do czytelnika prośby. Ilustracja jest taka, że… składa się z samych zalet.

I tak… złości postępowych lewicowców i wszelkiej maści antychrystów, ponieważ oddaje istotę świąt i pokazuje o co w nich chodzi. Można by zażartować, że to wizualizacja kłopotów młodego małżeństwa borykającego się z trudnościami lokalowymi co w Polsce ma swój ciężar gatunkowy. Bo teraz, jakby chcieć wydedukować o co w Bożym Narodzeniu chodzi z tych kartek czy jak je tam zwą, to można wywnioskować, że to jakieś święto poczty albo kurierów, a może i leśników, bo same paczki i choinki. Jednocześnie… nie powiem, bo próbowałem zadośćuczynić prośbie, ale tam, skąd biorę ilustracje jest takich jak ta albo w podobnym duchu, jak na lekarstwo i ta w sumie wypada najlepiej. Jest za to cała masa koślawych skrzatów, niewydarzonych reniferów oraz Mikołajów z nadwagą i z cukrzycą drugiego stopnia. No i całe zatrzęsienie choinek… Sama popelina i chłam.

Dlatego tak zostanie jak jest i drogi stały czytelnik musi się z tym pogodzić za co ja go przepraszam. Ale w trakcie tych poszukiwań doszedłem do wniosku i widzę, że idzie do nas, a nawet przyszła z zachodu dziwna moda, że pozwolę sobie zacytować jednego z „bohaterów” moich felietonów. To szczególnie widoczne na polu symboli świąt. Boże Narodzenie zaczynają w te pędy już nawet nie komercjalizować, ale posuwają się do unikania nazwy. Zaczyna zanikać dosłowności i wszystko ma być sukcesywnie zastępowane takim politpoprawnym chłamem jak koślawe Mikołaje i rachityczne renifery. Dlatego my zostajemy przy tym, co dobre i z tym będą się wiązać częściowo życzenia. Poza tym, czy kto widział, żeby co rok zmieniano wystrój Bazyliki Św. Piotra, tam jest bez mała tak samo jak przed pięciuset laty.

Co do życzeń… Życzę wszystkim, którzy sobie tego życzą – nic na siłę, by to łajdactwo w kwestiach obyczajowych i pchanie łap w nasze dziedzictwo tu nie dotarło w całej złowrogiej okazałości. Najlepiej, żeby skręciło łeb gdzieś po drodze. Można mieć nadzieję, bo leżymy na skraju i wiele paskudztw z zachodu nie zdążyło tu dotrzeć, może i teraz się uda jak Pan Bóg pobłogosławi. Bo ten nasz prosty lud to jeszcze nie jest taki głupi, jakby ci w Brukseli chcieli. Wie, że nowe to nie znaczy dobre, a Boże Narodzenie to Boże Narodzenie, a nie jakieś tam zimowe święta. Ponadto wszystkim bez względu na barwy i przekonania zdrowia życzę, bo najważniejsze, żebyśmy wszyscy zdrowi byli, bo jak zdrowie będzie to i wszystko będzie…

25
10

Kajzer i von Moltke w okopach czyli do trzech razy sztuka

 

Kajzer” Jakubiec i jego feldmarszałek Dariusz „von Moltke” Turzyniecki wracają w okopy, bo zwietrzyli szansę. Do trzech razy sztuka! Zbliżają się wybory samorządowe i prawdopodobnie na burmistrzowskim zydlu dojdzie do podmianki. Poza tym nad ratuszem ciąży klątwa kiedyś rzucona przez Jakubca i tylko on może ją zdjąć.

 Z tymi burmistrzami od 2014 gorzej i gorzej. Co jeden to „lepszy”, ale od Hani się zaczęło, wszak porzekadło ludowe mówi: Gdzie diabeł nie może tam babę pośle! I w tej bajce diabeł jest również. Rodzimy swojski, lokalny… Dwa razy nagonka Jakubca podchodziła, by ostatecznie go wysiudać, tylko że do dziś nie wiadomo, po co!? A po tym wysiudaniu to mogło być tak, bo my wszystkiego nie wiemy… że jak rozgoryczony Jakubiec opuszczał ratusz, to, nim trzasnął drzwiami od gabinetu to go pierwszy raz przeklął.

Druga porażka w 2018 też cudaczna, bo tu pojawiła się okoliczność, na którą on wpływu nie miał. Tutaj naród zakochał się w PiS i głosował na takich, co im się z, nim bardziej kojarzyli. Miał prawo być zaskoczony, bo nie rozumiał decyzji wyborców. Myślał, że 4 lata „rozkładu” za Hanny Beztroskiej narodowi wystarczy na otrzeźwienie, a on sobie wróci i posprząta. Aniołem Jakubiec może nie był, bo tu nieświęci garnki lepią, ale zły do szczętu, jak mu zarzucali to też nie. Z Kościukiem „przegrał” o zaledwie 45 głosów. Mogło go, w tym jeszcze utwierdzić widowisko, które zrobił Romek Żelazny – kiedyś zajadły krytyk, a przed drugą turą w 2018 roku wprost „przyjaciel domu jakubcowego i najbiższy przyjaciel” Tak się łasił, że o mało się do Jakubca na niedzielny obiad nie wtarabanił. tak mu się repertuar pozmieniał! A to dlatego, że startujący wtedy w wyborach Kościuk i Kmicic byli bardziej z PiS pożenieni, i to wtedy w swoim periodyku pisał jak to koliber Turzyniecki podziurawił pancernego zdawało by się Jędrka Kmicica. A już przed drugą turą to amikoszonował się Romek nieprzyzwoicie, aż Jakubiec się z oburzeniem wzdragał i dziwił co ten chce i po jaką jasną cholerę.

Mógł się poczuć usatysfakcjonowany, bo zajadły krytyk wyciąga dłoń do pojednania, a Jakubiec jej nie przyjął, bo ma swoje dwie. Widać nie chciał, żeby krasnostawski Michnik był mu „bratem”, bo brata to już ma. Przed drugą turą Romkowi bardziej odpowiadał Jakubiec, a Kościuk który był jego przeciwnikiem ostatecznie przyjął „chrzest” od PiS z rąk Czarnka na spotkaniu w KDK, czym sobie Romka ostateczne zraził. Romek, jak PiS zobaczy albo o nim usłyszy, to białej gorączki dostaje.

Tak że Jakubiec mógł ratusz przekląć drugi raz i po drugiej „śmiesznej porażce” z Kościukem. Wydusił przez zaciśnięte zęby, że jak żeście mnie nie chcieli i źle wam ze mną było, to teraz będziecie mieć takich burmistrzów, że jeszcze za mną zatęsknicie drodzy krajanie! Będziecie mieć grunty na medal, jak wam moje rządy nie odpowiadały. Będziecie mieć wiceburmistrzów po siedemdziesiątce jak wam mój Dariuszek „Hajduczek z Rońska” nie odpowiadał. Popamiętacie! No i klątwa zadziałała.

Hanna była wyjątkowo roztargniona i ojej roztargnieniu krążą legendy. Do tego została opętana przez mojego, ulubionego, lokalnego diabła Jędrka Kmicica, któremu muszę ciut czasu poświęcić. Tylko czy w przypadku czorta „poświęcić” to właściwe sformułowanie!? Bo on oprócz wersów lub strof wart pomnika albo skweru, czy ulicy swojego imienia. Jest najlepszym kusicielem w całej okolicy i jemu żadna dusza się nie oprze, a proboszcze są bezradni. Sam Watykan jest w kropce jak Jędrek bierze się za robotę. On, jak do Rzymu jedzie na wycieczkę, to go już na lotnisku pytają o prawdziwy cel podróży. Jędrek wtedy opowiada, że jest zwykłym turystą, a te rogi to od karnawału nosi! Od maleńkości czortek taki był, a niektórzy uważają, że się urodził od razu z teczką i z tym szelmowskim uśmiechem. Talenty doradczo – kierownicze to od maleńkości przejawiał, a jego rady do dziś niektórym ustawiły życie. Jedna z nich obrosła legendą! Jak to w drodze do przedszkola spotkał diabła niskiej rangi w starej wierzbie na łące, który płakał, bo mu nie szło. W piekle też się może kopyto potknąć i o awans trudno, bo tam „piekielna konkurencja” i związków zawodowych nie ma, a jedyni związkowcy co tam są to siedzą w kotłach. Podobno Jędruś z nim porozmawiał, a szczegóły tej rozmowy są nikomu nieznane oprócz ich obu. Jakieś światło na jej treść może rzucić to, co się stało potem. Otóż diabeł za rok od rozmowy z Jędrkiem został arcybiskupem i mówią, że to o Życińskiego chodzi, a poszlaką jest to, że człowiekiem roku wybrała go Wyborcza.

Tak mu widać Kmicic skutecznie doradził to, co w takich okolicznościach dla niego taka Hania!? On ją lewą ręką i małym paluszkiem omotał. Tak diabelsko, że się wycofała z wyborów i postawiła na niego. Jędrek oberwał w wyborach, ale to tylko nam się tak wydaje. On przede wszystkim uwiódł na pokuszenie ponad 1330 krasnostawskich dusz, które na niego głosowały. Dlatego jak w piekle, to zaraportuje to dostanie awans, na co najmniej generała! Ale teraz wróble na mieście ćwierkają, że Jędrka niektórzy chcą widzieć na listach PSL z miasta…a co będzie to zobaczymy.

 „Opętana” Hania to już tak pohulała, że nawet Romek Żelazny bił się w pierś, że ją popierał, ale to już później. Za jej czasów ratusz postkomunistami w typie Gałana i Piwki zaczerwienił się, jakby kto maki zasiał. Ten drugi wlazł do dworku starościńskiego, który Jakubiec postawił na nogi, a Hania zasiedliła i siedzi do dziś i lewicę parodiuje… Pieniędzy ratusz wtedy miał, tyle że palili nimi w piecach. Tak się przelewało, że nawet nikt nie myślał o czynszu za parking pod Biedronką. Cieszył się Piwko, bo jego owad rodzinny pasł się jak kaban na wesele. Dobrze było! Ale jak już wszyscy myśleli, że „lepiej” być nie może to pojawił się Robert i pchnął klątwę na wyższy pułap, przebił szklany sufit i rozbił bank. Takiego cudaka jak on świat nie widział, a Hanna Mazurkiewicz już nie jest dopust boży, bo Robert ją zdetronizował.

No i kto teraz!? W zeszłym roku wiosną gazety rozpisywały się o ewentualnych kandydatach na burmistrzowski zydel. Oczywiście Kościuk jako naturalny kandydat, ale teraz to już ze swojego komitetu. „Nowy Tydzień” wiedziony podszeptami wykoncypował, że Marek Nowosadzki ma ochotę na to przedsięwzięcie. Ale nic z tych rzeczy, bo to jak się okazuje były prognozy o charakterze prasowej „zapchaj dziury”. Zwyczajnie coś trzeba było nasmarować, coby szpalty nie świeciły pustkami. Co prawda Marek nabrał nawet apetytu i smaka na takie prognozy z nim jako burmistrzem i chodził cmokał rozmarzał się, co by było, gdyby… Ale on się niestety do takich przedsięwzięć nie nadaje i gdyby go wybrali burmistrzem, bo co jak co, ale wybieralny to on jest to taki triumf byłby jak pierwszy szpadel wbity w grunt cmentarza, na którym w mogile spocznie. Marek ni siły ni woli do samodzielnego „kierownictwa” nie ma. Jeśli już to najlepiej czuje się w fotelu pasażera, ale dla bezpieczeństwa podróży lepiej go wozić w bagażniku. Żeby być burmistrzem trzeba być „twardym sukinkotem” A o jego przymiotach można powiedzieć to samo, co o przymiotach generała Sosnkowskiego, który słynął z podobnej przypadłości charakteru. Stanisław Cat – Mackiewicz zilustrował je sytuacją człowieka stojącego nad rzeką, który w sposób inteligentny i spokojny tłumaczy, dlaczego do tej wody wejść nie może…

No tak, ale w PZK jest grupa „pruskich militarystów” i ta ostatnio zwietrzyła szansę na powrót do władzy, bo czemu nie. Jakubiec już wyjął z szafy pikielhaubę i rozpisano plan godzinowy, który polega na tym, gdzie i kiedy ma się znaleźć, która dywizja. Bo trzeba wiedzieć, że po upadku PiS otworzyła się zupełnie nową perspektywę i „kręgi militarystyczne” w PZK zwietrzyły szansę, a poza tym, co jest innego do roboty niż startowanie w wyborach na burmistrza dla emerytowanego burmistrza w takim miasteczku, jak Krasnystaw ? A „von Moltke” Turzyniecki PiS nie cierpi i najchętniej wydusiłby ich wszystkich gołymi rękami. Przecież Jakubiec nie będzie w kółko oglądał powtórek „Klanu” ani chodził z psem na spacer. Będzie startował, bo czemu nie i do trzech razy sztuka.

 

 

25
2

Jak kanonik z pierwszym sekretarzem za łby się wzięli czyli krasnostawski spór czyj interes ważniejszy

 

Ksiądz Bronisław Bozowski powtarzał, że nie ma przypadków, a są tylko znaki. W Krasnymstawie to spostrzeżenie można rozwinąć i dopowiedzieć, że są znaki, które są znakami znaków. A niektóre znaki leżą na wznak !

Ksiądz kanonik Jarosław Wójcik z parafii Franciszka Ksawerego to bardzo obrotny kapłan, prawie jak karuzela w wesołym miasteczku. Można go spotkać w „siennickim tworze sztuki” i na imieninach starosty Leńczuka. Ten ostatni często odwiedza Jarka, bo tak zwany starosta musi mieć swojego Jarosława. Na Nowogrodzką daleko, a tu jest bliżej i można tam dojść pieszo w samych ciapkach. Poza tym chłopaki się lubią, bo przecież koncerty „Gloria Vitae” gdzieś trzeba organizować, a wnętrze kościoła nie tylko jest piękne, ale ma również dobrą akustykę.

Jarek jak żona Lota

Kanonik Wójcik doskonale akomodował się do obecnej sytuacji politycznej w regionie i w obmierzłym grajdole. Kiedy przybył tu w 2019 roku z Tarnogóry i został proboszczem kanonikiem „ u Franciszka”, powitał go kwiatami Lucek Cichosz, który wtedy akurat robił kampanię do wyborów parlamentarnych. Potem czerpał pełnymi garściami z dobrodziejstw rządów PiS i Tereski Hałas. Specjalnie nie zwracał uwagi na szczegóły, kto co i dzięki komu. Gdy Tereska załatwiła mu duże pieniądze na renowację fasady kościoła, nie przejął się tym specjalnie. Kiedy ją później podduszano, by ostatecznie usunąć z listy PiS i zrobić miejsce dla Rysia Madziara z Wołomina to jej wcześniejsza pomoc dla kanonika nie miała większego znaczenia. Przy wołomińskim idolu to Jarek milczał jak żona Lota zamieniona w słup soli. Siedział w tym stanie obok Ryśka w studio TVP Lublin, gdy ten pośrednio przypisywał sobie zasługi przy pozyskaniu środków na renowację jego kościoła. Widać uznał, że milczenie jest złotem, a tego kościołowi nigdy dość, a i politycznie zapomniał, bo akurat wypadało, że Jan Paweł II kiedyś powtarzał „Nie lękajcie się” Nic mu przecież nie groziło, to nie te czasy, gdy duchownym zdzierano paznokcie przypalano petem, bito do nieprzytomności, a potem topiono w Wiśle. Dobrze by było, żeby Wójcik się odezwał i powiedział, kto za tym stał, i można było, jak uważają niektórzy, z szacunku dla samego siebie nie brać udziału w tym cyrkowym widowisku.

Znaki na ścianach

No, ale teraz to już grubsza sprawa, i księdzu zaczyna się interes na łeb walić i pokazują się na tę okoliczność „znaki”. Na murach kościoła od strony ulicy Piłsudskiego pojawiły się spękania, aż po samo sklepienie. Ksiądz kanonik jak zobaczył, że miejsce pracy grozi zawaleniem, to mowę odzyskał i od razu zdiagnozował, gdzie jest pies pogrzebany. W miasteczku ogłosił, że winny ten ruch kołowy, a szczególnie wysokie tonaże, które wjeżdżają na rynek z zaopatrzeniem. Auta jeżdżą, ziemia drga, ściany pękają, sama fizyka w najczystszej postaci! Wykoncypował, że ograniczenie potrzebne w formie znaku zakazu do 3,5 tony!

Ale samo się nie zrobi, i trzeba działać, bo bezrobotnym zostać, to mu się nie uśmiecha. W te pędy wszystko załatwił, może nawet szybciej niż Pan Bóg świat stworzył. Opinię policja wydała jak należy, a jest ich kapelanem, a do tego jest spowiednikiem Leńczuka! W starostwie naczelnik wydziału komunikacji Bereza powinność swej służby zna, i też się nie ociągał i zaopiniował jak należy. Wszystkie pozwolenia ksiądz kanonik pozbierał jak koperty z kolędy, bo sprawa słuszna, jak najbardziej, a zabytek trzeba ratować dla przyszłych pokoleń! Tym bardziej, że tak pięknie odrestaurowany staraniem Teresy Hałas, że zaniechać to grzech marnotrawstwa! Dlatego znak stał się tylko formalnością i jest już gotowy ! Nic tylko go wieszać, stawiać, i niech tam ostrzega i ode złego broni!

Leńczuk safanduła sprawę pokpił

Tylko znów kałabania, bo chętnego, coby go zamontował, nie znaleźli w całym starostwie! Jak zwykle wylazło safandulstwo rządzących. W międzyczasie o znaku dowiedział się taki co ma interes w tym, coby go nie było, bo tam na ulicy Piłsudskiego vis – a – vis kościoła ma nieruchomość w stanie surowym. Ten ktoś to nie kto inny tylko radny  Maruś Zdzisio Piwko i ta surowa nieruchomość z białego pustaka to jego. Jest radnym powiatowym, i jak mu postawią znak, to pewnikiem zacznie buchtować i robić Leńczukowi na złość, bo przecież Leńczuk sam go wyhodował do takich rozmiarów politycznych, że teraz postkomunista wszędzie się szarogęsi. Leńczuka wobec takiej perspektywy tradycyjnie niemoc decyzyjna dopadła…i znak padł na wznak!

Piwko i Biedronka bis

Piwko doświadczenie w takich sytuacjach ma i zapisał się złotymi zgłoskami w historii krasnostawskiego grajdołka. Szczególnie jeśli chodzi o lobbowanie na rzecz familijnego biznesu z ulicy PCK. Szeroko rozpisywał się o tym Romek Żelazny w „Echu Krasnegostawu” 18 lat temu. Chłostał Marka Zdzisława wtedy radnego miejskiego za „Biedronkę” bezlitośnie, bo ten jako radny latał za swoimi sprawami, nie bacząc na etykę. Dobrze wiedzieć, że i tam oprócz innych zgryzot był problem z dowozem zaopatrzenia, bo ulica taka bardziej osiedlowa. Teraz widać, że postkomuszek zapobiegliwy i „wy naumiał” się jak trza. Lata do księdza i po starostwie, histeryzuje, byle tylko familijny biznes w przyszłości nie ucierpiał. Bo jakby w tym budynku znów, jaki sklep wcisnąć, to jak do niego dowieźć towar jak mu zakaz postawią? Toć Piwko nie będzie w garści, ni na grzbiecie nosił. Do takiej roboty to czerwony kasztelanic nie nawykł, i niech proletariat zasuwa, a on będzie swymi ustami pił w jego imieniu szampana i wcinał kawior. Marek Zdzisław chciałby, żeby w zasadzie zostało po staremu, bo jego zdaniem jest dobrze, i nic się złego nie dzieje. U niego źle się dzieje tylko wtedy, jak ma z tego jakąś korzyść i to on decyduje co akurat jest złe.

Zmarnieje nam Marek Zdzisław

Jesteśmy jednocześnie świadkami sytuacji, w której ścierają się dwa interesy a jeden to nawet się sypie. Oba w randze świątyń, tylko innego „obrządku”. Z jednej strony kościół jako świątynia katolicka z długą tradycją i poza ziemskim kapitałem, a z drugiej ewentualna świątynia konsumpcji w postaci jakiegoś sklepu, pewnie oddanego we franczyzę. No i zobaczymy, który, któremu da radę. Wójcik głupi nie jest, ten znak ma stać taki, jakim go wymyślił, i żadne wyłączenia nie wchodzą w rachubę, bo w sumie wyłączenia dla transportu zaopatrzenia nie zmieniałyby nic. A on wyszedłby na głupiego. Ograniczenie nie obejmuje służb komunalnych, bo nikt nie chce utonąć w śmieciach a Krasnystaw nie Neapol. W sumie znak z wyłączeniami byłby tylko urozmaiceniem krajobrazu, ewentualnie robiłby za grzędę dla miejskiego ptactwa, a pies Piwki, z którym chodzi na spacery, miałby co obsikiwać. Piwko jednak chce powrotu do stanu pierwotnego i zrozpaczony takim obrotem sprawy, bo dowożenie małym transportem psuje mu szyki. Ewentualny najemca będzie kręcił nosem. Jak nic z tego wszystkiego straci apetyt i zmarnieje nam spadkobierca pierwszych sekretarzy… Sytuacja jest patowa i albo kościół, albo interes postkomunisty. Rozsądek podpowiada, że jednak kościół ważniejszy, a nie pełny brzuszek Marka Zdzisława.

Wszystkiemu winna zbyt powolna laicyzacja

Wszystkiemu winna zbyt powolna laicyzacja społeczeństwa i tu się Piwko powinien zezłościć na głupi naród co zbyt wolno ulega duraczeniu i jeszcze do kościoła chodzi. Musi się w oku łza kręcić Zdzisławowi za dawnymi czasy, kiedy za towarzysza Lenina w kościołach i cerkwiach montowano magazyny albo zostawiano na pastwę losu i warunków atmosferycznych. Dla niego najlepiej, gdyby kościół się w cholerę zawalił. Bo w sumie nic nie trwa wiecznie, a ksiądz, jak taki obrotny, to znajdzie robotę gdzie indziej. Niech się zawala tylko on, a muzeum niech zostanie, bo w nim Piwko ma wśród części ogłupionej własnymi pomysłami załogi wiernych admiratorów. Im krzywda stać się nie może, bo kogo on będzie wyzwalał i gdzie będzie knuł swoje prymitywne bolszewickie intrygi?

Ale i tu jest problem a trzeba wiedzieć, że Piwko cichcem do Krasnostawian się przykleił. Już tam się z nimi pokazuje i łazi za Marcinem Wilkołazkim, który ostatnio wymyślił, a bardziej spostrzegł, że Krasnystaw powinien postawić na turystykę. Jak tak, to kościół jest niewątpliwą atrakcją i w takim razie w hierarchii potrzeb stoi wyżej niż interesiki Piwki.

Na zakończenie wypada poradzić postkomuszemu Piwce, że przyparty do muru może „kupić” kanonikowi Wójcikowi arcybiskupi kapelusz. Pieniądze Marek Zdzisław ma, i jako przewidujący przedsiębiorca powinien mieć taki odpowiednik funduszu kościelnego. To jednak sprawy nie rozwiąże, bo jest ryzyko, że następny proboszcz może znaki na ścianach zauważyć i historia się powtórzy. Definitywnie sprawę załatwiłoby wykupienie kościoła, ale tu musieliby się zrzucić wszyscy krasnostawscy towarzysze, a chyba na taką solidarność i ofiarność nie może Piwko liczyć… Mógłby na koniec ograniczyć Piwko swoje apetyty, bo ma na to wpływ od początku do końca. To, że w centrum miasta wywalił wielkogabarytową nieruchomość mądre nie jest, a raczej dowodzi braku spostrzegawczości. Teraz chce cudzym kosztem wychodzić z opresji, w którą sam się wpakował. A jeśli Leńczuk dalej będzie się ociągał w sprawie zamontowania znaku, bo on tak się zachowuje jak, wtedy gdy bronił Gołębia i pomagał posłance, to w takiej sytuacji ten zostanie postawiony w jego gabinecie, ewentualnie u kanonika w zakrystii, bo Leńczuk znany jest z takich kompromisów.

 

35
7

Tradycja i nowoczesność czyli „Zielony Ład” po krasnostawsku

 

Marcin Wilkołazki chce w Krasnymstawie budowy ładowarek do aut elektrycznych i do tego „wyraża marzenie” by coś się zaczęło dziać na „gruncie na medal” za bazą PKS. O tym ostatnim z rozrzewnieniem opowiada nawet na sesji rady miasta. Dlatego to najlepszy moment, aby dokonać fuzji obydwu pomysłów i zagospodarować „medalowy grunt”,  tak scalić tradycję z nowoczesnością, coby z tego wyszedł krasnostawski „Zielony Ład” Każdy miałby w tym udział i zajęcie, nawet Piwko  „Wielki Integrator” z CIS ! To dziś o tym…

Zima idzie wielkimi krokami, i to ostatnia chwila, żeby się zdecydować, bo ziemia bez gospodarza dziczeje jak już zauważył Kaźmirz Pawlak rolnik, co to za swoje gospodarzenie od Sławoja srebrny krzyż dostał, a od Bieruta złoty. Dlatego, coby grunt odłogiem nie stał i tym widokiem niebu nie urągał to ja bym sugerował burmistrzowi jako światłemu gospodarzowi – bo przecież na takiego się kreuje po remizach-jednak te kartofle. Co prawda to mógłby w ostateczności oddać go w dzierżawę radnemu Nieściorowi z Kraśniczyna. Ten na takie propozycje chętny i nie odmawia niczego, co zwiększa stan posiadania. Do tego ma czym grunt obrobić. No i oni obaj z Robertem na Ryśka stawiali i obaj przegrali. Zostałoby tym sposobem „w rodzinie”, ale to plan „mocno” awaryjny.

 Kartofle w służbie postępu

Te kartofle to w sumie proste, mało wymagające, to żadna wielka polityka… do której nie oszukujmy się Robert głowy nie ma. Za pójściem w kartofle przemawia i to, że Robert był inicjatorem powstania zagłębia przetwórstwa spożywczego, a przynajmniej tak opowiada tu i tam. Wypadałoby zrobić przysłowiowy pierwszy krok i zamknąć gęby niedowiarkom. Bo w tym „gruncie na medal” drzemie wielka siła i tu jest szansa na wielki „technologiczny skok”, przy którym ładowarki do aut elektrycznych będą tylko kwiatkiem do kożucha. To będzie fuzja tradycji z nowoczesnością ! By się skok odbył w zgodzie z nowymi ekologicznymi trendami, śladami węglowymi, emisjami dwutlenku to o żadnych konwencjonalnych maszynach nie może być mowy! Kopciuchy na złom! Tu jest szansa i trzeba się do niej dobrze przygotować.

Koń jako odnawialne źródło energii

Dlatego w Białce trzeba poszukać póki jeszcze dyrektora nie zmienili wałacha w miarę spokojnego. Jakby burmistrz nie wiedział, jak „takie coś” wygląda to ma zastępcę weterynarza. Podpowiem, że to taki koń pozbawiony tego, co jest w polityce potrzebne i w walce z ujemnym przyrostem naturalnym bardzo się przydaje. I gdyby takich nie mieli to można poszukać w Janowie Podlaskim, bo pewnie kontakty jeszcze tam Lucjan ma. Potem jak już go znajdą, to go albo kupić, albo leasingować. Do tego ogłowie, chomąto, podkład, lejce, orczyk i na koniec brony z pługiem. Te ostatnie to jeszcze ludzie po szopach trzymają, a i w ogródkach niektórzy wystawiają obwieszone kwiatkami. Kłopotu z nabyciem nie będzie, bo burmistrzowi nie odmówi nikt! No i do roboty…

Bój o gnój

Najsampierw trzeba by te hektary dobrze wygnoić i koniecznie gnój trzeba trząść ręcznie, bo kartofel to lubi. Mimo że to robota zdawałoby się mało estetyczna to przede wszystkim bardzo pouczająca, wręcz szkoła życia dla polityka i tu nie powinien Robert mieć skrupułów. Bo bliski kontakt z gnojem daje więcej niż politologia, kursy, szkolenia i wszystkie takie. Istota gnoju stanowi esencjonalne podsumowanie jakości owoców polityki szczególnie tu w krasnostawskim grajdole. No i trzeba pamiętać, że ten odzwierzęcy mimo że śmierdzi to użyźnia, a polityczny cuchnie i do niczego niezdatny, to zwykła kupa, mówiąc pardon … gówna. Szczęściem pod kartofle najlepszy ten pierwszy. Jak Robert sam nie da rady w tym trzepaniu, to znajdzie takich co pomogą, bo potrafią, a w tej kadencji samorząd obrodził w takie talenty. Co jak co, ale w niektórych jednostkach samorządu to natrzęsiono „gówna” po kolana i cuchnie, że nos chce urwać.

Koniecznie orka pod plebańskim nadzorem

Potem trza by to zaorać i powinien to zrobić osobiście Robert i koniecznie przed zimą! No i dobrze, żeby sobie na te okazje wziął któregoś proboszcza, coby ten siedział na furmance z brewiarzem i klepał godzinki. Wójcik z Franciszka byłby w sam raz, bo on tak pięknie milczał jak siedział przy Ryśku Madziarze w TVP Lublin, gdy ten opowiadał o pieniądzach na renowację jego kościoła, które wydreptała Tereska Hałas. Widać, że to pleban co o męczeństwie nie myśli tylko o doczesności, a prawda o piniądzach może jest i ciekawa, ale nie dla niego. Od czasu do czasu musi pleban na Roberta pokrzykiwać, że skibę krzywi! A wtedy to będzie piękny widok, jak scena z „Chłopów” Reymonta i taki dowód na zwierzchność władzy duchownej nad świecką. Jak nic Ruszczyc z Chełmońskim się w grobie ruszą i zechcą, to namalować, bo piękne i jakie rodzajowe! A i zapomniałbym! Oczywiście furmanka musi być koniecznie na żelaznych kołach, bo czymś trzeba pług i brony dowieźć na te morgi medalowe! A jak się odkują, to może zmienią na koła gumowe! I do zwózki kartofli się przyda, no sprzęt to obowiązkowy.

Jakie kartofle i dlaczego na boso?

A jakie kartofle sadzić.? Tu Lucjan musi doradzić, bo on był w Małopolskiej Hodowli Roślin w radzie nadzorczej to się zna. Najlepsze byłyby skrobiowe, bo w razie czego można je przerobić na spirytus… Kartofle koniecznie przed Stanisławem sadzić w maju, jak już się cieplej robi. Ładnie wschodzą. I takoż Robert za koniem, boso i w kapeluszu słomianym! Boso jest zdrowo, a Robert coś ostatnio markotny i niewyraźny. Może jeszcze sukces wyborczy trawi. Dlatego krzywdy chodzenie po roli mu nie zrobi. Bo od nóg idzie zdrowie i kiedyś wiejskie dzieci na bosaka koło chałup biegały i jakie zdrowe!

Bez Piwka ani rusz

Do sadzenia kartofli koniecznie wziąć Piwkę z Centrum Integracji Społecznej. Bez niego to nawet nie ma co myśleć o tym przedsięwzięciu. Toż z niego największy integrator w miasteczku i skoro tak innych integruje, to wreszcie może czas na niego i niech się zintegruje z prawdziwą robotą. I niechby poznał „drogę kartofla od pola na stół”. Wiedzy nigdy dość, poszerzy horyzonty. Tylko musi Robert uważać i go pilnować, żeby się nie obcyndalał i nie próbował z koniem zakładać związków zawodowych. A jak już się uwiną obaj z tymi kartoflami to pod wieczór i po robocie pod figurę na majowe pośpiewać! Maj wiadomo miesiąc maryjny. I tu też byśmy się przekonali jakie pieśni obaj znają, bo Piwko pod figurą pewnie śpiewałby Międzynarodówkę a nie Chwalcie łąki umajone.

Stonka jak biedronka czyli Piwko  w swoim żywiole

Jak kartofel urośnie i grządki zakryje to go trzeba obsypać, ale to już sam se Robert da radę. Jak stonka się pokaże to znów trzeba wziąć Piwkę, bo to ekspert od chrabąszczy i robactwa. Nikt, tak jak „post komuszek” się na nich nie zna, bo stonka to prawie to samo, co Biedronka! Do tego stonka to komunistyczne robactwo i jest ucieleśnieniem ich ideałów, bo żeruje na kartoflach, których nie sadziła, czyli korzysta z efektów cudzej pracy. Ją najlepiej zbierać w butelki po gorzałce, bo ta ma wąską szyjkę i stonka nie wyłazi z powrotem. No i kilka razy trzeba zbierać, bo to się lęgnie na raty paskudztwo. I to, by było na razie tyle i całe wakacje spokojne. Robert może nawet jechać na żaglówki na Mazury, bo grunt jest na medal i pod kartoflem.

Nie dać się oszukać Niemcom !

We wrześniu Robert powinien rozglądać się za workami i szukać piwnicy albo myśleć, gdzie kopiec robić na zimę jak nie będzie gdzie kartofla sprzedać. Na ogacenie kopca potrzeba słomy, ale tę znajdzie bez kłopotów. Ona się niektórym lokalnym politykom z butów wysypuje… A jak przyjdzie do kopania, to znów brać Piwkę i niech się „spadkobierca pierwszych sekretarzy” integruje zgodnie z myślą przewodnią swojej śmiesznej instytucji. Piwkę przy takiej „prawdziwej” robocie będą fotografować jak jaką kometę i oglądać jak zaćmienie słońca. A jak już się je wykopie i zbierze, to można by je wstawić do tego niemieckiego Kauflandu, co się niedaleko od gruntu na medal buduje. To byłoby bardzo literackie nawiązanie do powieści Bolesława Prusa „Placówka”. Tam polski chłop Józef Ślimak właśnie na Lubelszczyźnie z Niemcami handlował i go na koniec oszukali, dlatego Robert musi uważać! Może jeszcze na zimę koło Bożego Narodzenia w ramach prezentu urzędnikom po 10 kilo dawać jako karpiowe… I koniecznie przebrać te mniejsze na sadzeniaki, żeby wiosną nie żebrać po ludziach!

Wszystko w telewizji !

Oczywiście wszystkie poczynania na medalowym gruncie powinien burmistrz relacjonować jak się da, to nawet na żywo. Tu ma TVP Lublin, TVN, POLSAT, przyjeżdżać i kamery rozstawiać i ma iść przekaz w świat. To się powinno udać tym bardziej, że Robert jest członkiem Rady Programowej TVP Lublin. Można by biletować cały cykl robót polowych, bo to byłaby konkurencja dla Muzeum Wsi Lubelskiej, a kwitnące kartoflisko spełni rolę zielonych płuc dla miasta, bo przecież chmielnik Robert zabuduje wreszcie blokami i tam będzie krasnostawski Manhattan. Tylko trzeba uważać na Piwkę, żeby się w tej robocie nie emitował za dużo gazów cieplarnianych, bo to są standardy lewicy surowo przestrzegane! No i to byłaby piękna promocja miasta, co przyćmi „Chmielaki” !

Zazdrośni zazdrośnicy !

Ale są też pewne zagrożenia jak to przy takich świetlistych i doniosłych celach bywa, a które trzeba wziąć pod uwagę, żeby się wszystko udało! Są wszak w miasteczku i powiecie ludzie dybiący na Roberta karierę i gotowi mu brzydko dokuczyć. To są zazdrośni zazdrośnicy. Dlatego burmistrz nie może pozwolić, żeby mu się wtarabaniła na medalowe kartoflisko radna powiatowa Ewa Nieścior z Gorzkowa. Ona ma taką właściwość, że się wszędzie tarabani i paluchy pcha, tym bardziej że doświadczenie w pracach polowych ma, a przynajmniej tak jej się wydaje! Bo kiedyś brała udział w żniwach na Widniówce, a to jeszcze za „Pierwszej Teresy” było! Ewa po tym ustawianiu snopków w kopki takiego zapału nabrała i taka siła w nią wstąpiła, że w Gorzkowie gotowa się ludziom w żniwa pchać na kombajny i mówić jak mają kosić! Tak że Robert musi uważać, bo mu widowisko zepsuje i konia znarowi i ten może tak się zezłościć, że ją kopnie albo pogryzie, a jak nerwowo nie wytrzyma, to się może próbować wieszać na dyszlu. No zwierzę, jakie, by nie było granice cierpliwości ma, a kto z Ewą, choć raz miał do czynienia to wie!

Jest jeszcze jedno nieszczęście co spaść może jak cegła na głowę w drewnianym domu. To medyk i radny Janeczek ze swoimi pomysłami. On wszystko robi lepiej i wie lepiej i jest historyk z własnej ulotki wyborczej. Jemu się głupie pomysły lęgną w głowie jak króliki i więcej ich ma, niż urodzeń na tym jego „rodzinnym” oddziale w szpitalu, gdzie jak ma czas, to jest ordynatorem, bo przecież to człowiek wielu pasji! Dlatego trza uważać, bo jak go co w rzyć utnie, to gotów całemu światu udowadniać ot tak po prostu, że na środku „gruntu na medal” w 1941 roku trzech Niemców – Hans, Helmut i Otto poszło za potrzebą i przez to zbezcześcili Polską ziemię. A jak tak, to w tym miejscu musi być tablica wielkości baneru z Pawłowską i mauzoleum z marmuru.

No ale jak Robert posłucha i jak to wszystko spasuje i się zgra, to proszę sobie wyobrazić taki landszafcik… Rosną i kwitną na zielono ponad dwa hektary kartofli na „medalowym gruncie”, a w rynku montują na wniosek Marcina Wilkołazkiego cały szereg ładowarek do aut elektrycznych. Do tego post komuszek Piwko w krótkich porciętach wcina frytki z tych kartofli co je sam sadził, i jeździ po mieście na elektrycznej hulajnodze mlaskając z rozkoszy. Zieloni ludowcy od Szpaka właśnie rządzą w powiecie i sieją koniczynę na trawnikach przed starostwem! Zmieniają się barwy w herbie miasta i powiatu, by wszystko było pod kolor. I w taki sposób krasnostawski grajdołek z zaścianka staje się awangardą postępu. Mamy swój jedyny i niepowtarzalny krasnostawski „Zielony Ład”. Do miasta zajeżdżają autobusy z wycieczkami z całej Europy. Robert oczywiście jest nadal burmistrzem, ale teraz zapisał się do – Trzeciej Drogi, Koalicji Obywatelskiej i Lewicy. Nawet rozważa zmianę płci! Na konferencji odpowiada na pytania i zapytany dzięki komu to wszystko mówi, że… to wina Teresy Hałas i Andrzeja Jakubca! Na co siedzący obok Marcin Wilkołazki, teraz już wiceburmistrz szarpie go dyskretnie za rękaw i szepcze do ucha – Robert kartki ci się skleiły, to mówiliśmy w poprzedniej kadencji…Amen!

 

 

 

 

35
4

Kłopoty i smutki sasinowej trzódki

 

 

Dziś obiecany ciąg dalszy o reakcji powiatowo – miejskiego PiS na bolesny upadek… Okazuje się, że Kaczyński nie wiedział nic o pomysłach sasinowej trzódki w okręgu nr 7. Po tak przerżniętych wyborach  proces rozpadu PiS  właśnie się zainicjował a nabierze rozpędu po wyborach samorządowych na wiosnę. Zanosi się że będzie płacz i zgrzytanie zębów. Nawet Nieścior Marek z  Kraśniczyna poczuł się „zaorany”

Do Nieściora Marka radnego powiatowego z Kraśniczyna i członka zarządu powiatu coś w końcu przesiąkło, bo ile można się klęsce opierać, skoro nawet TVP o tym przebąkuje. Dlatego 22 października na swoim FB wrzucił stary post. W nim prezentuje bardzo zgrabny agregat bezorkowy, który sam wykonał i zaprojektował. Ten jest „ładny jak sam radny”  oczywiście z plakatów i do tego prawie cały czerwony jak wóz strażacki. Bo Nieścior ma smykałkę do majsterkowania co bardzo mu się chwali. Wszystko byłoby dobrze, a nawet „galancie”, jakby nie to, że nabrał przy Leńczuku jakiejś dziwnej odmiany odwagi, którą tu nazywają głupotą polityczną. W ogóle to obaj są jak bliźnięta syjamskie tylko niczym niezrośnięci, ale można pokusić się o podejrzenie, że „rozum polityczny” to mają jeden na dwóch.

Jemu się zwyczajnie należy…

W tym miejscu muszę wtrącić dygresje, korzystając z okazji, bo jak nie teraz to kiedy? Otóż Marek kraśniczyński „Wałęsa”, a to dlatego, że tak jak „Bolek” uważa, że wszystko sobie zawdzięcza i sam samiuteńki do wszystkiego doszedł. To on uznał, że te umiejętności wyniesione z warsztatu i pola plus hektary, są jakąś przepustką do świata polityki. I skoro umie coś tam zasiać i pospawać, to się nadaje!  To jednak tak nie działa i nie ma na wyobraźnię polityczną przełożenia. Na mój gust to pójściem w politykę krzywdę sobie zrobił. Bo jest to prosty chłopak, który na samym początku  bezpodstawnie w siebie uwierzył . W pewnym momencie zwyczajnie się zachłysnął własnym mitem jak gość na weselu pierwszym kieliszkiem łapczywie pitej gorzałki. A to „samo certyfikowanie” jest najgorsza rzecz, jak się może człowiekowi trafić, szczególnie tak surowo prostemu, jak on. To gorsze niż perz w polu, czy ciasne buty.

Oj, trzeba go było widzieć w 2015, gdy na miejsce posłanki Tereski Hałas wchodził do rady powiatu. Widok był nienapawający optymizmem. Tam się serce krajało jak na widok dzieciaka z Polesia co pierwszy raz w życiu wylądował na koloniach letnich we Lwowie jeszcze przed wojną . Dla którego wszystko jest obce i widziane pierwszy raz! No ale jak miał się nie zachłysnąć jak teraz jest w zarządzie powiatu i z samym Leńczukiem w gabinecie paluszki chrupie. A sadzi się przez to jak przysłowiowy „koci ogon w barszczu”!? Tylko dzięki komu tam trafił?

W jego historii nie ma miejsca na rolę Tereski Hałas, a przynajmniej on to zamilczał. To, że korzystał przy niej i promował siebie, to że go ciągnęła wszędzie za sobą, a on pchał się do zdjęć, gdzieś mu wyparowało z pamięci. Ale teraz proszę!  Jeśli go zapytać to odpowiada, że jemu się wszystko należało, bo jest wybitny, wyjątkowy i ładny! Gdyby o polityce i jej mechanizmach oraz konsekwencjach decyzji wiedział tyle, ile wie o konstruowaniu narzędzi rolniczych, spawaniu i obróbce metalu to można być spokojnym. W rzeczywistości jest zwyczajnie słabiutki. Milczy z reguły, ale nie dlatego, że mądrość skrywa tylko milczy, bo autentycznie mało wie lub nic. Jeśli ma zdanie, to ono z reguły pokrywa się z tym jakie ma Leńczuk.

A jak już coś palnie, to mój Boże. Kiedyś spotkał w starostwie Andrzeja Gołębia dyrektora muzeum, który dzięki podpuszczaniu pracowników przez radnych miał w placówce „sytuację wojenną”. Zapytał go Nieścior, ile w muzeum pracuje osób, a ten odpowiedział, że dziesięć. O jak tak – powiada radny – to mało i gdybym to ja był dyrektorem… to jedliby mi z ręki!  Gołąb bardzo się zaciekawił taką diagnozą i zapytał jak on by to zrobił? Odpowiedź Nieściora zwaliła go prawie z nóg, bo ten mu filozoficznie zakomunikował, że… musiałby się zastanowić. No i tak to wygląda.

Dlatego on tam niczego ożywczego ni odkrywczego nie wniósł. A wręcz przeciwnie, wynosi uposażenie i korzyści płynące z ustawienia najbliższych. No i czy słyszał, kto jego jakąś filipikę na sesji? Ja nie słyszałem, a jego wypowiedzi z ostatniej kadencji można policzyć na palcach jednej dłoni. Ale jak to się przełoży na to ile za takie występy dostaje, to wyjdzie z tego bardzo drogi milczek. A ten post z agregatem jest pierwszym od dawna, na którym nie ma Ryśka Madziara, którego promował… Złośliwi dodają nie bez racji, że ten zgrabny sprzęt to ikonograficzny symbol samozaorania całego przedsięwzięcia pod kryptonimem Rysiek Madziar i znak kapitulacji. No i tak to wygląda…

Robert i „impotencja samorządowa”

W ratuszu to dopiero cymes! Robert Kościuk był dość długo w stanie który można zilustrować fragmentem piosenki śpiewanej przez nomen omen Ryszarda, ale Rynkowskiego – „Nie budźcie marzeń, gdy śpią po ciężkiej nocy…” Jemu chyba nie powiedzieli, co się stało, a jak po robocie przychodził do domu, to Pani Robertowa dyskretnie wyciągała baterie z pilota od telewizora, żeby się nie dowiedział o tym, że Rysiek przepadł, jak pieniądze z OFE. On również uruchomił swojego fejsa, który był w dziwnym letargu niczym tatrzański miś. Tam ostatni wpis był w 2020 roku potem w 2023 jeden post oczywiście z Ryśkiem Madziarem ~gdzieś w kościele, bo widać ołtarz i dopiero teraz Robert łupie posty jeden za drugim. Widocznie sam baterie do pilota znalazł i zobaczył w telewizji, że nie jest dobrze i trzeba działać, ale chyba nie zrozumiał do końca powagi sytuacji.

Na Ryśka nie ma co liczyć, tym bardziej że jako winny porażki został odwołany z funkcji pełnomocnika na powiaty chełmski, włodawski i krasnostawski. A Kaczyński o pomysłach z nim w roli głównej nie wiedział. W ramach rozliczeń za „poniesione zwycięstwo” to nową złotą tym razem Panią na miejsce Ryśka została Kamila Grzywaczewska również przegrana, ale z mocnym protektorem – samym szwarccharakterem Czarnkiem. Ta Pani nic tu poważnego nie zdziała, bo PiS już się rozkłada. Może co najwyżej tego trupa wyszminkować i postawić obok kadzidełka, coby mniej cuchnęło. Tyle i aż tyle… Jak wspomniałem Robert nabrał takiego wigoru, że „jak nie on” Puszcza posty jak chłop bąki po grochówce, i to jeden za drugim!

Zabawne, bo ostatnio rozdawał małżeństwom medale za 50-letnie pożycie. Pięćdziesiąt lat to dużo i medal się należy, bo to trzeba mieć cierpliwość, żeby ze sobą tyle wytrzymać. Ale ciekawe, co na wiosnę przy urnach wyborcy powiedzą o pięciu latach małżeństwa z nim? Czy mu przedłużą, czy skończy się na rozwodzie i alimentach. Ale jak pożyjemy to zobaczymy, bo ulica mocno podzielona i już niektórzy odgrażają się, że Robert, w tym „samorządowym małżeństwie” to jak przychodzi co do czego, to go albo głowa boli, albo jest niedysponowany i zaraz idzie spać. Boją się że w „impotencję samorządową” popadł.

Nowogrodzka zawiniła…

Z ratusza również płyną bardzo ciekawe komunikaty dotyczące przyczyn klęski. Jest w tym wiele znamion traumy pourazowej i szaleństwa ale cóż zrobić jak się nie myślało gdy był na to czas. Dlatego przekaz jest taki, że obaj, czyli Leńczuk z Kościukiem nic wspólnego nie mają z wycięciem Teresy Hałas z list. Kościuk o wszystko obarcza Nowogrodzką, czyli samego Kaczyńskiego i ciekawe, czy ten o tym wie.  Burmistrz tymczasem jako szef powiatowych struktur PiS nie zgłosił nikogo, ale jak mógł, skoro jego zwierzchnik na partyjnej drabinie Madziar Ryszard, który odpowiadał za struktury partii w powiatach; krasnostawski, chełmskim i włodawskim chciał startować do sejmu… W takich okolicznościach Robertowi wypada zamilczać i udawać „głupiego”. Trzeba przyznać, że w tej roli jest bardzo wiarygodny.

Beata Mazurek również

Na tym nie koniec, bo potrzeba matką wynalazków i w związku z palącą potrzebą została odkryta nowa przyczyna porażki, bardzo niedorzeczna i właśnie dlatego nadaje się w sam raz. Przyczyna nazywa się Beata Mazurek europosłanka… Jej wina polega na tym, że nie wystartowała w wyborach parlamentarnych, czyli nie dała swojego rozpoznawalnego nazwiska na listę. Bo gdyby dała, to lista miałaby więcej głosów, co przełożyłoby się na więcej mandatów. No oczywiście Rysiek zdobyłby swój i upragniony. De facto mają żal do Beaty Mazurek, że ta nie dała się oszukać i wmanewrować w grę, w której wygraliby sasinowcy na czele z Madziarem, a ona robiłaby za drabinę dla Ryśka. Okazuje się, że lewica i jej kretyńskie pomysły z popierdującymi krowami, co to emitują gazy i przez to rujnują klimat nie są odosobnione. Ci z powiatowego PiS też potrafią wzbudzić zdumienie i palnąć jakąś głupotę, co widać, po casusie Beaty…

O aktualnej sytuacji ratusz również ma ciekawe spostrzeżenia. Jest dobrze, a będzie lepiej, bo się okazuje, że Morawieckiemu brakuje jedynie siedmiu posłów, by stworzyć rząd…Tylko nie dopowiadają w jakim wyspiarskim państewku na Pacyfiku powstanie…

Kończy się okres prosperity w PiS, a ostateczny rozkład nastąpi po wyborach samorządowych.  Dla naszych problemem będzie stworzeniem listy, a elektorat zostanie z dylematem, bo PiS stracił Warszawę, a to już zupełnie zmienia postać rzeczy. Poza tym nasi stratedzy z powiatowo – ratuszowej trzódki są w szoku. Naciskany przez Nowy Tydzień Kościuk, by skomentował wynik wyborów zamilkł jak mogiła. Leńczukowi  ta czynność zajęła dwa tygodnie. W końcu wydusił z siebie, że jego cieszy 49% zapominając, że w poprzednich mieli 60% i 11% uleciało z dymem pożarów. O Madziarze cisza jak makiem zasiał, bo przecież nie wspomina się o sznurze w domu wisielca…

 

31
2

Słodkie transfery Roberta Kościuka

 

Pani Robertowa trafiła do „Cukrowni Krasnystaw”, gdzie błyszczy jak cukier kryształ, a ten dzięki niej smakuje wybornie. To obrotna i pełna wigoru kobieta, żywe srebro, bardzo sympatyczna. Nie to, co „Robert I Ospały”, bo on już zupełnie żyje w swojej Narnii, do której podobno wchodzi przez drzwi od szafy. Awans zawodowy Pani Robertowej to wyśmienita wiadomość dla stadła Kościuków i całej ulicy Armii Krajowej, gdzie sobie żyją w zgodzie i na chwałę miasteczka oraz miejscowego proboszcza.

Kiedyś próbowała sił w Izbicy u Jurka Lewczuka, ale w „izbickim Stalingradzie” mało kto wytrzymuje. Dzięki niepospolitej osobowości Jurasa urząd przypomina „syczewsko – rżewską” maszynkę do mięsa. W tym wypadku urzędniczego. Czegóż tam nie ma! Awanse! Romanse! Zwroty akcji jak w „Sprawie dla reportera”. Wystarczy powiedzieć, że nawet zima ma z izbickim „cudakiem” urwanie łba i przez to trwa tam krócej. Ale to Izbica i Lewczuk… Teraz już jest „Cukrownia Krasnystaw”

Sygnalista – nowa forma działalności 

Oczywiście wiadomość o awansie małżonki burmistrza trafiła do lokalnych gazet dzięki jak to określił „Nowy Tydzień” „sygnaliście z Krasnegostawu”. To nowa forma anonimowej działalności gospodarczej i ciekawe czy sygnaliście płacą za te rewelacje. Bo jak wieść gminna niesie zagłębiem „sygnalistów” są okolice ulicy Rejowieckiej. To jest miejsce o wyjątkowym i przez to sprzyjającym tej formie działalności mikroklimacie. Bo i, „Biedronka”, skład budowlany „Mrówka”, oczyszczalnia ścieków. Dwie pierwsze wielkiego wpływu nie mają, ale ostatnia znacząco inspiruje sygnalistów, a przede wszystkim ich metody. Coby nie mówić wątki fekalne mają wielu wielbicieli oraz oddanych admiratorów i ta woń przy wielu działaniach jest aż nadto wyczuwalny w lokalnej polityce. Oprócz tego jest Rejowiecka zagłębiem mężów opatrznościowych i kandydatów na parlamentarzystów tak zwanych „prawie posłów” albo „zbawców urojonych” oraz analityków cudzych oświadczeń majątkowych. To również kuźnia kadr dla każdej partii byle z widokami na koryto oraz idei politycznych, pisanych ołówkiem murarskim z Mrówki w zeszycie z Biedronki.

Bon moty i perełki erystyki

Wracając do prasowych pytań o posadę Pani Robertowej to po tej denuncjacji rozdzwoniły się lokalne gazety. Robert zaczął udzielać odpowiedzi i właśnie jego bon moty to cymesiki i rodzynki. To jest nowa szkoła erystyki, a Robert jest o krok od odkrycia pionierskiej formy narracji. Spuszczona z łańcucha prasa zwróciła mu uwagę, że w Cukrowni Krasnystaw jako naczelny dyrektor pracuje jego niegdysiejszy zastępca Krzysztof Sugalski z wyśmienitym „krasnym” rodowodem. Do tego Cukrownia Krasnystaw jest w „imperialnym ministerstwie” Jacka Sasina, który wydelegował do okręgu nr 7 swojego „synowca” Ryśka Madziara, co to chciał być posłem, a Robert go promował całym sercem i duszą. A jako pełnomocnik PiS na powiat wyczyścił go z wrogich elementów w postaci posłanki Teresy Hałas właśnie dla Ryśka. Wyczyścił, bo jej zwyczajnie nie zgłosił, gdy powstawały listy PiS do parlamentu i co ona mu wypomniała publicznie, a on teraz udaje, że nie wie o co chodzi. Mimo takich zażyłości i oddania sprawie burmistrz jest zupełnie innego zdania co do oceny sytuacji i jak pisze Nowy Tydzień obrusza się na sugestie, że miał małżonce pomagać w zdobyciu pracy. Zaprzecza, bo on związku nie widzi między swoją funkcją oraz faktem, że Sugalski awansował z ratusza do cukrowni i tym, że zna Sasina i jego Ryśka.

Indonezyjski precedens

Może Robert opiera swoje wywody na pewnym precedensie. Otóż w Indonezji na jednej z wysp tego archipelagu żyje plemię, które nie widzi związku między aktem seksualnym a ciążą. Dla nich to sprawa duchów i wszystko jasne. Robert mógł o nich słyszeć i myśli podobnie, bo i w jego opowieści są jakieś siły nadprzyrodzone w postaci splotów okoliczności. Uważa, że nie może być żadnego związku, a przecież to oczywista oczywistość i w takich sprawach chodzi nie o kompetencje i pracowitość którymi Pani Robertowa może być tak samo obdarzona jak urodą. Tylko o to – dlaczego akurat ją tak wyróżnili!? A takich jak ona pewnie, by znalazł tuzin, ale bez męża burmistrza z takimi kontaktami w terenie. W tym miejscu należy złożyć hołd przezorności Mieszka I że przyjmując chrzest odszedł od wielożeństwa na rzecz monogamii. Gdyby trwał w pogaństwie, a ono jakimś cudem przetrwało do czasów współczesnych to spółki Piastowskiego Skarbu Państwa zapełniłyby się całymi szczepami, a Swarożyc ciskałby piorunami. I jak to dobrze, że chrześcijaństwo było na pod orędziu ze swoimi „ciemnogrodzkimi zabobonami”, bo trudno jest uwierzyć, że nie ma w tym żadnego związku a forsowanie tezy, że po prostu miała kobieta szczęście, bo mąż burmistrz to zupełnie okoliczność bez znaczenia nikogo nie przekona.

Fachowcy radzą

By uniknąć przykrych pytań fachowcy zalecają upychać małżonki gdzieś dalej, a choćby w Lublinie, czy Zamościu. Tym Porsche co je Robert ma można naprawdę dojechać dalej niż do Cukrowni Krasnystaw, to porządne niemieckie auto ze Stuttgartu i do tego chyba diesel nie żaden awaryjny elektryk. Można się nim ekskursować, choćby do Władywostoku. Takie lokowanie pod samiutkim nosem to niebezpieczne jest, i to jakby zostawić przez niedbalstwo grabie na trawniku by potem wleźć na nie po ciemku.

 

Co zauważył Korwin i co zrobił Robert

Robert w tej rozpaczliwej obronie zwrócił uwagę, że ludzie z sektora prywatnego mogą pracować w państwowym, bo nie ma zakazu. Zatem warto zwrócić uwagę na to, co kiedyś spostrzegł Janusz Korwin-Mikke, bo są pewne analogie. A spostrzegł, że kapitaliści nie lubią kapitalizmu i marzą o kontraktach rządowych. One gwarantują im spokój i stabilność dochodów. W warunkach rynkowej konkurencji wisi nad nimi jak miecz Damoklesa ciągła obawa, że pojawi się ktoś lepszy, tańszy, a tak jest spokój, spokój i jeszcze raz spokój, a przecież ten jest nieodzowny by móc konsumować owoce dobrobytu! A to, co zrobił Robert z małżonką, ale przede wszystkim ze sobą kilka lat wcześniej to nic innego jak regionalny odprysk korwinowskiego spostrzeżenia akomodowany do lokalnych warunków. Robert poszedł w samorząd, bo interesy przestały iść tak jak się spodziewał i rodziny z tego szmacianego biznesu się nie utrzyma i tu można upatrywać przyczyn tego marszu w samorząd. Nie był w stanie zdobyć kontraktów rządowych na schodzone portki, bo to towar dla państwa zupełnie niestrategiczny. Wszystko dlatego, że w jego branży rynek się skurczył, na co złożył się szereg zjawisk. Począwszy od demografii, a skończywszy na obciążeniach fiskalnych niezbędnych na realizację socjalnych pomysłów. A nowa odzież dzięki przeniesieniu produkcji do krajów głównie azjatyckich stała się tania i ogólnodostępna. W takich warunkach prowadzić interesy to rzecz karkołomna i z tego nie można czynić mu zarzutu.

 

To się zaczyna robić stały trend i takich jak Kościuk będzie więcej. Odpływają do polityki, bo ich sektor się kurczy i kosztuje zbyt dużo, również zdrowia. Państwo zaczyna brać sobie obywateli na utrzymanie, mnożąc dobrze płatne i mniej płatne posady. Równolegle upada na pysk etos pracy, a rośnie wszechwładza związków zawodowych. Jeszcze trochę, a wszyscy skończą na garnuszku państwa. Jedni na socjalnych zasiłkach, a drudzy na etatach i zasiłkach. W tym wszystkim wyodrębni się elita niemalże szlachta, ale to kwestia organizacyjna. To wszystko zasługa modelu polityczno-gospodarczego zainicjowanego łajdackim układem między wyselekcjonowaną opozycją a władzą w Magdalence, a przyklepanego widowiskiem o charakterze tok show „Okrągły Stół”. Ten eksperyment, w którym nie było ni krzty kapitalizmu i wolnorynkowych prawa tylko jego deklaracje  zmierza do katastrofy ekonomicznej. Ludzi powoli oducza się nawyku pracy i decydowania o sobie. Zabija się przedsiębiorczość i kreatywność, przykręcając fiskalną śrubę. Przy okazji państwo chce decydować o wszystkim jak za komuny. Ale to wszechwładne państwo nie jest z gumy, a na wszystkie brewerie trzeba pożyczać, bo rząd nie jest wyposażony w moce syna cieśli z Nazaretu i tak jak on chleba ni ryb cudownie nie rozmnoży. Trzeba pożyczać od współplemieńców wspomnianego, którzy notabene kiedyś się go wyrzekli. Oni pożyczą, ale w swoim czasie przyjdą po odsetki i kapitał. Obecnie obsługa długu wynosi ponad 70 miliardów złotych rocznie, i to są te koszty, których nie udało się ukryć. A  to wtedy będzie niewola gorsza niż ta babilońska… Roberta wypada oceniać jako polityka i rozliczać z tego, co mówi i robi, a jego zdolności biznesowe są nieprzetłumaczalne na język obecnej polityki i nie powinny być argumentem przeciw niemu. Tam nie ma czego zazdrościć… Wolał, mając świadomość swojej rozpoznawalności na tubylczej scenie wykorzystać ją do startu w wyborach. Bo jak wyżej – zaczynało być krucho w szmacianym biznesie. Operacja się powiodła, ale politykiem i burmistrzem jest marnym. Zupełnie pozbawionym politycznego nosa. To całkowita porażka bez widoków na poprawę czy naprawę.  Na ludziach zupełnie się nie zna i źle obstawia. Nawet małżonkę ulokował tak by gazety spuściły mu srogie lanie. Takim sposobem i przy takich doradcach, po jednej nocy w kasynie zostałby po odejściu od stołu bankrutem…

37
0

Robert i medalowe kartoflisko

 

Zgodnie z tym, co piszą w prasie to burmistrz „wesołego miasteczka” Robert Kościuk i jego 2,20 ha zwyciężyło w X jubileuszowej edycji konkursu organizowanego przez Polską Agencję Inwestycji i Handlu. „Grunt na medal”, tak więc grunt jest doskonały i nadaje się na wszystko! Ale najprędzej to pod kartofle…

 

Ta NAGRODZONA parcela to połać wertepów i krajobraz iście księżycowy za bazą PKS. To ta sama, na której Robert nie chciał budować bloków mieszkalnych – tych nieszczęsnych SIM-ów. Wykłócał się za to o plac pod ich budowę z powiatem, który jego zdaniem i jeszcze kilku mądrych powinien mu odstąpić chmielnik po cenie, takiej jak on chce. Zamieszania z tego powodu było i jest w cholerę i obiecałem sobie to zgrabnie kiedyś opisać, bo tam jak w źrenicy oka widać całą mizerię i głupotę miejscowej grupy trzymającej stołki pod zadami. Oczywiście cała awantura po to coby pokazać, że on chce, a tamci mu nie dają. No jak to jest metoda na wypełnienie czasu między wyborami, to powinszować koncepcji.

Kapitał ucieka z Rosji

Ale wracając do pierwszorzędnego gruntu pod kartofle to wieść niesie, że Robert trzymał go na czarną godzinę dla bliżej nieokreślonych inwestorów, takich jak kiedyś ci z Kataru, co to za Tfuska mieli stocznie postawić na cztery nogi i dlatego Robert gruntu inwestycyjnego nie mógł zabudować jakimiś tam blokami! To miała chyba być jakaś dzielnica przemysłowa jak kiedyś „Nowa Huta” Robert to się okazuje chce być drugi przedwojenny Eugeniusz Kwiatkowski ten od Gdyni i COP-u. To miał być jego atut i as w rękawie. Tu na te wertepy i oczerety miał i ma napłynąć kapitał szerokim wartkim strumieniem. Tym bardziej upierał się przy swoich racjach po wybuchu wojny między Ukrainą i Rosją. Przez ułamek sekundy mógł się nawet czuć triumfatorem, bo akurat wtedy zachodni kapitał miał wiać z obłożonej sankcjami Rosji, i to na łeb na szyję. Właśnie tu na tej parceli za bazą PKS Robert oczyma wyobraźni zobaczył jak się uciekający kapitał zatrzymuje i wrzeszczy, że to właśnie tego szukał! Dużo tego „miał”, ale tak to wygląda. Może mu, w tym pomogła legenda o Lechu, Czechu i Rusie? Wedle niej Lecha nakłoniło do zatrzymania i budowy grodu gniazdo orła na dębie. Tylko że na Robertowej parceli nie ma ani dębu ani gniazda, ani tym bardziej orła. Są za to chwasty. Może też sobie wyobrażał, że kapitał tak zareaguje jak w tej scenie z „Samych Swoich”, kiedy Witia Pawlak z wagonu dojrzał i poznał Kargulową Mućkę, bo miała obtrącony róg, a drugiej takiej na całym świecie nie ma! Co i Kaźmirz zauważył i skwitował – „Ot bandyty, znaczy my znaleźli swoje miejsce na Ziemi”.

Don Vasyl i  egzotyka na ulicach

Czas pokazał, a co wielu przewidywało, że żaden poważny kapitał z Rosji się nie wycofa, bo to zbyt ważny rynek, a ta wojna to tylko chwilowa przerwa w dobrosąsiedzkich stosunkach. No, ale żeby i Robert nie był taki smutny do końca to los mu wynagrodził i coś tam kapitału napłynęło. Tylko że to kapitał ludzki, dość specyficzny, bo nie z pieniędzmi tylko po pieniądze. To są ci Romowie w liczbie około 200, którzy ubarwiają krasnostawskie ulice, nadając im nieco orientalnego kolorytu… Chciał to ma i czegóż chcieć więcej! Nie ma co! Ma chłop łeb i nosa do interesów i z takim nie zginie miasteczko.

Jesteśmy w mocy wariatów

Sama idea nagradzania pustych gruntów pod inwestycje jakimiś tam trofeami to do końca normalne w sensie medycznym nie jest. Już ogłoszenie całego kraju wielką strefą ekonomiczną nie wystarcza, tak jak wcześniej zakładanie poszczególnych stref i podstref ekonomicznych nie miało sensu, bo pies jest pogrzebany gdzie indziej. Produkcja w Europie staje się droga, bo przedsiębiorców trzeba łupić podatkami na socjalistyczne pomysły rządzących. Tego się pogodzić nie da – z jednej strony rządy wrażliwe społecznie i wszystkie socjalne głupoty, a z drugiej przedsiębiorcy, na których ceduje się jak ostatnio podniesienie najniższej krajowej. Ale puste komunizujące łby jak się na coś uprą, to czekać końca i jesteśmy w mocy durni i wariatów. Jak się do tego dołoży ceny nośników energii i różnej maści Zielone Łady to nic tylko … dawać ordery za pustki.

 Gabloty pełne trofeów

A może jeszcze jak, kto wpadnie na pomysł to Roberta nagrodzi medalem za bioróżnorodność kartofliska. A jakby je zasiedlić świstakami albo susłami, to by dopiero było!? Jedne by gwizdały, a drugie spały … Może Robert by się wreszcie obudził. Bo wyróżnić coś, co zbudowano od fundamentów ma sens i tu jest doceniony pewien proces twórczy, a nadanie tytułu parceli, że się powtórzę, której ostateczny kształt nadał lodowiec to już w żadnych zdroworozsądkowych kategoriach nie mieści. Ale widać ważniejsze niż zdrowy rozsądek jest to, by coś rozdawać kolegom samorządowcom, jakieś „szklane paciorki”, coby wójtowie, burmistrzowie czy prezydenci mogli w gablotach postawić. Takie czasy to i takie trofea, warte tyle co materiał, z którego je wykonano. Nasz Proskura z Siennicy ma tego całą gablotkę, a wśród nich „Gminę przyjazną środowisku” I ten tytuł nie przeszkodził mu wcisnąć na czynne ujęcie wody firmy, która używała w procesie technologicznym kilkudziesięciu substancji rakotwórczych. I tyle to warte było dla Leszka…

Dramat rodziców półgłówka

Dobry grunt nie potrzebuje nagród i te najlepsze dawno już są pod inwestycjami. A kapituła konkursu widać zaczerpnęła pomysł na całe przedsięwzięcie nie tylko z podręczników marketingu ale również z życia i postawiła się w sytuacji majętnych rodziców, którzy są w posiadaniu ostatniego i najmłodszego, ale za to głupiego jak but syna. Półgłówkiem trudno okoliczne panny zainteresować i skoro tak to należy przerzucić akcenty nie na walory umysłowe tylko na pokaźny majątek durnia. Wtedy istnieje szansa, że jakąś się skusi, bo życie w luksusie w jakiś sposób zrekompensuje głupkowatego małżonka… Tak i tu, dać dyplom i może ktoś na taką medalową sztukę się skusi, bo przecież to „Grunt na Medal”.

Reasumując… Robert na gwałt potrzebował jakiegoś sukcesu i go dostał w postaci dyplomu i tego bajkowego tytułu. Miało być patetycznie a wyszło zabawnie. I to nie zmieni faktu, że jego pięcioletnie rządy to pasmo ciągłych kłótni z byłą już posłanką.

Popełniłem przed drugą turą wyborów samorządowych w 2018 roku felieton, w którym postanowiłem mu zaufać, bo raz to nawet wypada.  Wskazałem, że w takiej konstelacji, gdzie PiS ma wszystko; od powiatu po sejmik, to burmistrzem powinien być ktoś od nich, a nie Jakubiec, jak to ująłem; ze szpaczym garbem. To było logiczne tylko co z tego, skoro Robert nie dorósł do swej roli i miasto jest wielkim inwestycyjnym kartofliskiem po którym biegają „inkwizytorzy” szukając winnych tego stanu. W takich okolicznościach drugi raz nie wypada, bo teraz musiałbym się wstydzić i to byłaby naiwność. A „stary junkier” Jakubiec mając w czasie swoich rządów dużo trudniejszy układy sił wiele dokonał i nie ma się czego wstydzić. Ponadto może być zadowolony, bo jeśli nagrodami dokonania się mierzy, to może spokojnie spać do rana i śnić słodko oraz mruczeć przez sen. Wstydu nie ma, bo on miał swój Tannenberg i czarny krzyż. A to dlatego że w analogicznym okresie, czyli pod koniec kadencji, nagrodzono go w 2014 roku na krynickim Forum Ekonomicznym tytułem „Lidera Samorządu” To nagroda za całokształt, i za rzeczy, które trzeba było zbudować, wyciągnąć od fundamentów jak mówią budowlańcy a wcześniej pozyskać na to środki i jeszcze poużerać się z ludźmi. Robert w takim samym okresie dostał nagrodę za szczere pole pod kartofle po którym może pod rękę spacerować z Ryśkiem Madziarem, kolejną „świetną inwestycją” z Wołomina. Tak historia sobie zakpiła ze „śpiącego” burmistrza, który bezmyślnie politycznie postawił na wołomińskiego kuglarza oraz przespał hossę i od którego dłużej śpią tylko „rycerze spod Giewontu” .

PS. Jest jeszcze jedna analogia. W 2014 roku, gdy Jakubiec zgarnął nagrodę to, mimo to przegrał wybory z Hanną Mazurkiewicz niewielką liczbą głosów, ale takie są prawa demokracji. To, jeśli nagroda wpływa na wynik wyborów, to Robert jest zgubiony, a jeśli na rozmiar porażki wpływa kaliber nagrody, i to, kto nagradza to Robert jest zgubiony podwójnie. Dlatego dobry kontrkandydat powinien bez wysiłku wysłać go na „kartoflisko historii”.

 

 

 

29
4